środa, 5 czerwca 2013

Nurek

Dziś odszedł na wiecznie zielone pastwiska Nurek - koń ze stajni Dubelbar. Wspaniały "koń profesor", który bardzo dużo mnie nauczył, bo sam bardzo dużo umiał i był niezwykle tolerancyjny dla jeźdźców, którzy umieją niewiele. To pierwszy koń, na którym jeździłem, a na którym już nie będę miał okazji jeździć... Strasznie mi żal...
Nurek
Wspominam moją pierwszą jazdę na Nurku...


W.



piątek, 31 maja 2013

„Rude jest wredne”

Dwa fakty skłoniły mnie do tego, żeby po raz kolejny odkurzyć wyBryki - okazuje się, że odkurzanie tak samo trudno przychodzi mi w świecie wirtualnym, jak i realnym, więc trochę tylko zgarniam śmieci na bok i zabieram się za pisanie. 

Z kupki śmieci zdejmuję i odkładam na półeczkę do późniejszego opisania historię Hubertusa 2012, bo choć minęło od niej już pół roku, warta jest poświęcenia jej szczególnej uwagi. W końcu w jednej z gonitw byłem lisem! Wróćmy jednak do wspomnianych już faktów.

Masz wiadomość.


Pierwszy fakt, który sprawił mi dużą radochę, to wiadomość wysłana na Facebooku przez nieznaną mi jeszcze osobiście Panią Agnieszkę, która po wizycie w Jackowie odwiedziła również moje wyBryki. Wygląda na to, że miała frajdę z czytania mojego bloga, dzięki czemu ja później miałem frajdę z czytania wiadomości od Niej. No to jesteśmy kwita! :-)

Pewnie myślicie teraz, że tytuł tego tekstu ma jakiś związek z Panią Agnieszką... Otóż nie - nie ma :-) Ma związek z niejaką Myszką, o której zamierzam dziś napisać, w związku z drugim zaistniałem ostatnio faktem, czyli moją wizytą w stajni, w trakcie której o mało nie wyzionąłem ducha.

Kilka słów o Myszce.


Myszka. fot. Marta Cernestean
Myszka to „kucynka”, a także dziewczyna kucyka Filipka, z którym prawdopodobnie* ma dziecko - Mufinkę (Mufinka przyszła na świat w Jackowie i w tym właśnie momencie z kupki śmieci zgarniam oraz odkładam na półkę kolejną porcję wspomnień do opisania). Myszka i Filipek mieszkają w Jackowie od niedawna, natomiast Mufinka trafiła do nowych właścicieli. Trochę mi żal, bo to jedyny jak dotąd koń, którego znam dosłownie od urodzenia, ale o tym napiszę innym razem.

* Myszce się „zaszło” jeszcze w poprzednim miejscu zamieszkania, dlatego długo nie było pewności, czy tatusiem nie jest przypadkiem jeden z dwóch przystojnych jurnych amantów rasy Konik Polski.

Myszka jest mała, ale jest ruda i to w zasadzie wiele tłumaczy... Oprócz tego jest smukła, szybka, zwinna i sprytna. Po prostu piękna. W krótkim czasie ustawiła sobie całe stado klaczy i nawet nasza królowa Summer Gift na razie jej ustąpiła, choć sądzę, że gdy trochę nabierze sił, to pokaże Myszce gdzie rude raki zimują.

Wróćmy jednak do mojej wizyty w stajni. 

Wizyta w stajni, czyli wszystko się może zdarzyć.


Z okazji Dnia Dziecka zrobiłem sobie prezent i wybrałem się do koni wieczorową porą, Przy okazji załapałem się na ostatnią konną oprowadzankę po lesie dwóch uroczych dziewczynek. 

- O dobrze że jesteś Wojtek! - krzyknęła Dominika. - Pójdziesz na spacer z Kacykiem? Bo ja bym chciała wypróbować moje nowe siodło!
- No pewnie, że pójdę! 
- No to pomóż tylko wyregulować strzemiona, bo Kacyk stoi już ubrany!

Wszedłem do stajni, popatrzyłem na tą malutką dziewczynkę i kompletnie nie miałem pojęcia jak ja mam Jej zmierzyć długość strzemion, skoro Ona taka malutka przy tym Kacyku... Wrzuciłem ją więc w siodło i zabrałem się do wydłużania puślisk.

- Wojtek! Czyś ty zwariował? W stajni w siodle?  - wrzasnęła na mnie Pani Beatka.
- Yyy... Bo ja chciałem tylko szybko te strzemiona... Już schodzimy!

Ale obciach... Pomogłem dziewczynce szybko zejść na ziemię i wyprowadziliśmy Kacyka ze stajni, po czym jeźdźczyni ponownie go dosiadła i poszliśmy na spacer do lasu.

Stajenny trening biegowy.


Po powrocie zapadła decyzja, że mamy jeszcze na tyle czasu, żeby wziąć konie na czworobok i je wybiegać. Wybraliśmy się więc tam w towarzystwie: Summer Gift, Dony, Cyranki, Cytrynki, Błyska, Kacyka i oczywiście rudej Myszki.

fot. Marta Cernestean
Najpierw gremialnie pogoniliśmy wszystkie konie dookoła czworoboku. Gonił Pan Jacek, Gabi i ja, a Marta w tym czasie robiła zdjęcia (Marta i Gabriel są właścicielami Filipka i Myszki). Pan Jacek śmigał gałązką i konie biegały. My z Gabim mieliśmy mniej profesjonalną technikę - biegaliśmy za końmi wymachując rękoma. Trochę się przy tym zmachaliśmy, ale nie ukrywam, że lubię się gonić z końmi, nawet jeżeli czasem robi się trochę niebezpieczne... ;-)


„Rude jest wredne” - czyli o Myszce ciąg dalszy.


Dlaczego Myszka jest wredna? Gdy została dołączona do stada a ja pierwszy raz odwiedziłem padok klaczy, otworzyłem bramę, wszedłem i dopiero po kilku krokach zorientowałem się, że przecisnąłem się koło rudej małej, która nie raczyła się nastąpić ani o centymetr. Ten brak respektu tak mnie zaskoczył, że nie zdążyłem w porę zareagować, jednak postanowiłem wrócić i pokazać Myszce, że to ja tu jestem samcem alfa. Ku mojej satysfakcji, Myszka uznała, że nie należy mi się na razie kopniak z dwururki i ustąpiła mi miejsca przy wyjściu z padoku. Wredna, ale mądra, bo wie, że mogłem oddać! ;-)

Myszka, gdy poczuje wolność, nie daje się już tak łatwo złapać, skubana. Należałoby ją więc oduczyć uciekania od podchodzącego człowieka, postanowiłem więc naiwnie, że skoro jesteśmy akurat razem na czworoboku to będę ją dziś tego uczył.

Tylko jak nauczyć konia, żeby nie uciekał... Wyczytałem w jakiejś mądrej książce, że jeżeli koń zaczyna uciekać to należy go odgonić sprawiając mu w ten sposób dyskomfort, a gdy w pewnym momencie pozwoli do siebie już podejść, należy go pochwalić, żeby wpoił sobie w swój koński umysł, że uciekanie od człowieka mu się nie opłaca. Wczułem się więc w rolę „zaklinacza koni”, choć Myszka raczej mnie w tej roli nie widziała.

Pierwsza próba podejścia, myszka łeb w górę i hyc dwa kroki ode mnie. No to ja ręce w górę i „srruuu” w stronę myszki, a ona galopem na drugi koniec czworoboku. Zero zaskoczenia.

Druga próba podejścia, myszka łeb w górę i nie zdążyłem nawet dobrze podejść, gdy się puściła w drugą stronę. No to na ręce w górę i za nią, żeby wyszło na moje. Skoro ucieka to ma uciekać z mojego powodu.

Trzecia, czwarta, piąta próba... Pół godziny później...

Zziajany, z językiem na wierzchu patrzę za którym znowu koniem schowała się Myszka. Dostrzegłem ją za Summerką, podchodzę więc od lewej zza zada Summerki, a Myszka dwa kroki w prawo. Zmieniam kierunek i podchodzę od łba, a Myszka w lewo. Ożesz ty spryciulo! Tak się bawić nie będziemy! Wyskoczyłem zza Summerki i znów pogoniłem rudą wredną. Ta zdążyła jeszcze sprezentować kopniaka Donie i utorować sobie w ten sposób korytarz do ucieczki na drugą stronę czworoboku. Nie dałem jednak za wygraną i poczłapałem za nią, obmyślając nową taktykę.

Myszka jest szybka, ale ja też umiem biegać, więc zbliżyłem się do tego końca czworoboku, w który zwiała. Widzę, że robi zwrot w lewo to ja w lewo. Ona zwrot w prawo to ja w prawo. Ona w lewo i ja też. Odciąłem jej drogę ucieczki i nie mogła wrócić do stada. Gdy tak goniła od jednej do drugiej strony, poczułem się jak rasowy koń kowbojski wycinający krowy ze stada... :-)) Wkrótce jednak mnie przechytrzyła i zwiała do reszty koni. Bez wątpienia jednak zmęczyłem ją tak samo, jak ona mnie.

- Masz dobrą taktykę! - Krzyknęła Marta, czym zmotywowała mnie do dalszego uganiania za Myszką. Nie mogłem zresztą przecież dać za wygraną, bo nie o moją ambicję tu idzie tylko o konkretny efekt... hmm... dydaktyczny :-) Brak konsekwencji w stosunku do konia dałby za to efekt dokładnie odwrotny.

Gdy ponownie podszedłem do stada zauważyłem, że wszystkie inne konie ze stoickim spokojem obserwowały tę lekcję, choć pewnie się zastanawiały czy to ja daję lekcję Myszce, czy może Myszka daje lekcję mnie. W każdym razie spokojnie wpierniczały świeżą zieloną trawkę tylko od czasu do czasu podnosząc z zainteresowaniem łeb. Traktowały mnie jak zupełnie niegroźnego wałacha, bo mogłem biegać dookoła nich z przodu, z tyłu, pod łbem, za zadem i żadna z klaczy nie reagowała irytacją, zniecierpliwieniem lub niepokojem. Żadna też nie uznała za stosowne zdzielić mnie kopytami. Swój jestem :-)

Podchodziłem do różnych koni i na przemian zbliżałem się i oddalałem od Myszki. Zauważyłem, że pozwala mi podejść na znacznie mniejszy dystans niż wcześniej, choć widziałem po tym jak się ustawia, że nie pozwoli mi się jeszcze dotknąć. Siadałem więc sobie na trawce, obchodziłem ją z drugiej strony, zbliżałem się, oddalałem, znów podchodziłem do innych koni, ale kątem oka obserwowałem rudzielca, starając się nie nawiązywać z nią bezpośredniego kontaktu wzrokowego. Ona zresztą też mnie obserwowała kątem oka.

Próba podejścia jeszcze bliżej spowodowała, że Myszka znów uciekła, więc ją po raz kolejny odgoniłem, jednak wszystko to już działo się znacznie mniej dynamicznie, niż poprzednio. Uciekała z coraz mniejszym przekonaniem.

W pewnym momencie Myszka zapędziła się pomiędzy Błyska a Donę. Wcześniej, w ułamku sekundy zapewniłaby sobie przy pomocy kopyt drogę ucieczki. Tym razem jednak stanęła i czekała. Zbliżyłem się do niej spokojnie, wyciągnąłem rękę i dotknąłem jej zada. Delikatnie drgnęła, ale nie ruszyła się z miejsca. Podszedłem więc bliżej mówiąc do niej wciąż spokojnym głosem, pogłaskałem, po czym chwyciłem za kantar, a Myszka nie zaprotestowała. Bez cienia sprzeciwu, a nawet bez oznak zdenerwowania pozwoliła się odprowadzić od ogrodzenia na środek czworoboku, gdzie oddałem ją Gabrielowi, który wziął ją na lonżę. Nie mogliśmy ryzykować, drugiego takiego ganiania mógłbym już nie przeżyć... :-)

- Brawo Wojtek! - Krzyknęła uradowana Marta, a mnie się gęba roześmiała od ucha do ucha.

Wszystko to trwało dość długo, przyszedł więc czas na powrót.

Jeździec na siwym koniu - czyli Cyranka potrafi nie być wredna.


- Panie Jacku, mogę wrócić wierzchem? - Nie byłbym sobą, gdybym nie spróbował wykorzystać okazji.
- Dobra, którą chcesz? Może Cyrę?

Wziąłem więc lonżę, przyczepiłem do obu stron katara Cyranki, przerzuciłem przez głowę i przymierzyłem się do wskakiwania. Śmiesznie to musi wyglądać, gdy się gramolę na konia bez siodła, jakbym się wspinał na wysoki murek, a potem z trudem przekładał ciężką nogę na jego drugą stronę... Tym razem byłem jednak tak spocony, że opinające się na mnie jeansy uniemożliwiły mi podniesienie nogi na odpowiednią wysokość. Podprowadziłem więc Cyrankę (która stała się bardzo niecierpliwa widząc inne oddalające się konie) pod pieniek i z pieńka czym prędzej wskoczyłem na jej grzbiet, lekko tłukąc sobie przy tej okazji „co nieco”, bo Cyranka zdążyła w międzyczasie zrobić krok w bok.

Dobra Cyranko, śmigamy kłusikiem do reszty koni. Lekki sygnałek łydami i Cyra ochoczo ruszyła, przypominając mi przy okazji, że jest najbardziej wybijającym koniem z Jackowa i że jeszcze nie umiem jej kłusa porządnie wysiedzieć.  „Klep, klep, klep” -  parę kroków i zdecydowałem się dla dobra kręgosłupa Cyranki i mojego „co nieco” przejść do stępa. 

Jeszcze tylko mały spacer po lesie i miła niespodzianka, bo okazało się, że umiem już kierować Cyranką prawie samym dosiadem i wodze nie są mi potrzebne, żeby np. objechać drzewo dookoła, nawet jeżeli Cyranka najchętniej poszłaby już do stajni. Cyra też potrafi być wredna, choć nie jest ruda. Dziś jednak była kochana.

Końcówka dnia to jak zwykle kolacja dla koni, wypuszczenie koni z padoku do boksów, zdejmowanie kantarów, krótkie pogaduchy z gospodarzami, czyli klasyczne wieczorne rytuały będące idealnym zwieńczeniem stajennych emocji. 

Myszko, chyba się dogadamy. Wiem, że to jeszcze trochę potrwa, ale skoro z Cyranką i Doną się udało, to z Tobą też mi się uda, choć jesteś ruda, a ja mam za długie nogi, żeby Cię dosiadać. :-))


KONIE(C)


P.S. Tak naprawdę to uwielbiam rude! Pozdrawiam Cię serdecznie Natalko! :-))

Natalia i ja - fot. Małgosia


P.P.S. Opisane wydarzenia miały miejsce w piątek 31 maja 2013.

środa, 10 października 2012

Konna flota spod bandery Jackowa


Cyranka jest jak tankowiec. Duża, ciężka, trudno ją rozpędzić, trudno nią skręcić ale najtrudniej ją zatrzymać. 
Cytrynka jest jak niszczyciel. Szybka, zwinna, wielozadaniowa i bardzo odważna.
Dona jest jak fregata. Po prostu piękna i idealna do towarzystwa.
Kacyk to korweta. Nieduży, zwinny, może tylko za bardzo, jak na korwetę strachliwy w terenie. 
A Błysk... Błysk to lotniskowiec. Płaski grzbiet i duża frajda.. :-))
Summer Gift jest jak krążownik liniowy. Szybka jednostka bojowa, trzon naszej konnej armii, obecnie w remoncie :-))
Myszka i Filipek, to nasze małe kutry wielozadaniowe. Ich specjalizację będzie można określić po jakimś czasie, choć Filipek ma zadatki na kuter torpedowy. Nęka przeciwnika (Błyska), po czym szybko wycofuje się z pola walki... :-)) ...A o najmniejszym kuterku - Mufince, jeszcze niewiele można powiedzieć. Diabli wiedzą co z Niej wyrośnie.
Aris jest jak pancernik. Silny, jak na Fryza przystało (ponoć używano fryzów w średniowieczu jako koni bojowych), prezentuje swoją umięśnioną szyję, niczym działo wielkiego kalibru.
Sanderus... "Okręt desantowy służy do szybkiego wysadzenia sił na nieprzygotowanym brzegu". Kto zleciał z grzbietu Sanderusa po jego potknięciu się o własne nogi, ten wie o czym mówię... :-))
Roki jest "z wykształcenia" niczym doświadczony okręt patrolowy. Ujeżdżony westernowo ale bardzo wrażliwy - mógłby w razie potrzeby chronić nasze stajenne owieczki... :-))
Lama jest jak żaglowiec - naturalna i fotogeniczna, więc ma dużo zdjęć.
I na koniec Aisha... Nieduża, drobna, delikatna i wrażliwa...  Mogłaby być seksowną pielęgniarką np. na okręcie szpitalnym... :-))

[Opublikowane na Facebooku dn. 8-9 października 2012 r.]

***

Cóż, przypomniałem sobie o moich wyBrykach. Trochę mnie frustruje, że nie opisywałem na bieżąco wszystkich tych fantastycznych rzeczy, które się działy w ostatnich miesiącach. Były galopy po łąkach i polach zbóż, była jazda bryczką po leśnej ścieżce, były wizyty na komuniach, pojawili się nowi mieszkańcy stajni Jackowo, a ja chcąc zachować elementarną chronologię odwlekałem opisywanie tych wrzystkich zdarzeń po to tylko, żeby opisać je we właściwej kolejności. To nie jest jednak dobra strategia -  zaległości rosną, bo wciąż się dzieją nowe fajne rzeczy! Pal więc licho chronologię, ważniejsze jest to, żeby mi nic nie umknęło, a mam przecież jeszcze do przerzucenia parę ubiegłorocznych (2011) ważnych dla mnie notatek z Facebooka, np. o tym jak pierwszy raz spadałem z konia...  Na pierwszy ogień pójdą jednak moje ostatnie chorobowe wyBryki z Doną na lonży oraz z Błyskiem w terenie.

Trzymajcie więc kciuki za moją "konsekwencję" i namówcie proszę jakiegoś konia, żeby mnie kopnął z dwururki,  gdybym znów zaczął zwlekać z opisywaniem tego, co się dzieje tu i teraz. Emocje największe są "na gorąco"!

KONIE(C)

piątek, 4 maja 2012

Rok Konia


Nie wiem kiedy ten czas zleciał, ale dwa dni temu minął rok od chwili, gdy pierwszy raz usadowiłem swój tyłek w siodle (a było to tak...) i to w dodatku na grzbiecie żywego konia. Wtedy jeszcze ani przez chwilę nie myślałem, że będzie to coś, co wywoła rewolucję w moim życiu i wyrąbie kopytami, po czym wypełni trwale przestrzeń w moim umyśle i serduchu. Fenomen tego końskiego zjawiska jest dla mnie tym większy, że nie ogranicza się do moich emocji, które czynię prywatnymi. Przeciwnie, chcę się dzielić z wszystkimi dookoła tą niezwykła przygodą, jaką stały się dla mnie KONIE. 

Efekt jest taki, że wiele osób ma już pewnie dość mojego ciągłego nawijania na ten temat, jednak kilka osób udało się zarazić na maksa, co jest dla mnie motywacją do zanudzania kolejnych znajomych. Wiedzcie więc, moi drodzy przyszli znajomi, których jeszcze nie znam, ale kiedyś poznam, że tak czy owak o jakąś moją końską opowieść się otrzecie, czy tego chcecie, czy nie. :-)

W blogowaniu się trochę zapuściłem, czekają jeszcze w kolejce ze dwa wpisy od lutego i jeszcze jeden, z wczorajszej Majówki, który dopiero zostanie opisany, Z okazji mojej pierwszej końskiej rocznicy zdecydowałem się chrzanić wszelką chronologię i skrobnąć to, co mi chodzi po głowie tu i teraz, 

PODZIĘKOWANIA
  • Przede wszystkim Beatce, która dzieli ze mną tę pasję. Wspaniale jest mieć wspólne pasje z kimś, kogo się kocha.
  • Dominice Sowie - za to, że po kilku latach namawiania postawiła na swoim i wzięła mnie (razem z Beatką i Grzesiem) na pierwszą lekcję. Bez Niej nic by się nie zadziało.
  • Oli Gawrze, Paulinie i Kindze Paszkiewicz ze stajni Dubelbar Zdrój - za to, że zbudowały we mnie entuzjazm do jazdy konnej, że jako pierwsze pokazały mi czym jest zaangażowanie i poświęcenie się życiu wśród koni. Za wycisk na pierwszych treningach również :-) 
  • Pani Beacie, Panu Jackowi, Dominice i Łukaszowi, czyli Państwu Komorowskim ze stajni Jackowo - za największy wkład w to, że ciekawość przerodziła się w pasję. Za każdą chwilę spędzoną w stajni na koniu w siodle, na koniu bez siodła, na padoku, w terenie, przy widłach ;-), przy wieczornych końskich kolacjach, podczas rozmów o koniach. Ponadto za Hubertusa i rodzinną atmosferę każdego dnia!
  • Panu kowalowi Zbyszkowi i Panu rolnikowi Jankowi - za wspólnie spędzony czas przy stajennych pracach, które nie każdy bywalec stajni ma okazję wykonywać :-) To też mi bardzo dużo daje!
  • Wszystkim osobom, które udało się mnie i Beatce zaciągnąć do stajni, czyli kolejno: Mateuszowi i Hani Krautwurst, Julii Vitsko, Magdzie i Michałowi Bober, Natalii Worsowicz, Gośce Potaczek (moja siora), Grzesiowi Potaczkowi (mój syn), Weronice Korthals, Weronice Sańczyk. 
  • Wszystkim osobom, które poznałem w stajniach - nie wymienię ich tylko dlatego, że boję się kogoś pominąć. Dziękuję za wspólne jazdy, wspólnie spędzony czas, wszystkie wskazówki i rady. Jesteście częścią mojego świata! :-)


Pomyślałem, że wymienię tu również wszystkie konie, na których miałem przyjemność jeździć od początku mojej przygody, jednak na razie tego nie zrobię. Kiedyś ogłoszę konkurs dla czytelników wyBryków, w którym jedynym pytaniem będzie właśnie takie: "Wymień chronologicznie imiona wszystkich koni, na których jeździłem". Konkurs ogłoszę jednak dopiero wtedy, gdy będę pewien, że rzeczywiście opisałem już wszystkie zwierzęta. :-)

Dziś jeździłem na Donie, która kolejny raz pokazała mi jak wiele pracy jeszcze przede mną. Tym razem jednak pokazała również ile pracy już za mną. Dziś naprawdę się dogadywaliśmy i choć parę razy o mało nie zleciałem, to jednak solidnie poszaleliśmy w galopie. Był galop bez strzemion, był nawet galop z rękami na boki. Pan Jacek gdy to zobaczył to miał wzrok, jakby pytał czy mi życie miłe, dlatego ustaliliśmy, że na czworoboku tego z Doną nie będziemy więcej ćwiczyć. Następnym razem pojedziemy na łąkę! 
Wspomnę jeszcze tylko, że na sam koniec wskakując na Donę na oklep wylądowałem na ziemi po jej drugiej stronie, było więc trochę śmiechu - ale o tym może innym razem! :-)

QŃ-ec.

P.S. Najbliższy rok konia, według kalendarza chińskiego, to rok 2014.

poniedziałek, 2 stycznia 2012

Sylwestrowo - noworoczna ostra jazda - cz. 2


Ponoć wśród koniarzy jest taki przesąd, że jeżeli wsiądzie się na konia w Nowy Rok, będzie się jeździć konno przez rok cały. Czyż potrzebowaliśmy z Beatką większej motywacji do wizyty w stajni? Oczywiście, że nie. Postanowiliśmy zatem, że gdy tylko wstaniemy pojedziemy do stajni. Wstaliśmy więc najwcześniej jak się dało i dotarliśmy do Jackowa o 14:30.

W planach było wskoczenie na oklep i mała rundka po lesie. Pani Beatka, Pan Jacek, Dominika i Karina byli w terenie, a my z Beatką w tym czasie, wraz z Natalią i Łukaszem przymilaliśmy się do koni i do siebie nawzajem. Ot takie posylwestrowe czułości... :-) Chciałem zachęcić Summer Gift, aby do mnie podeszła, przy czym chciałem to osiągnąć bez użycia przynęty w postaci smakołyków. Ta najważniejsza klacz w stadzie permanentnie mnie olewa. Stanąłem więc przy barierce, wyciągnąłem rękę i zacząłem ją nawoływać. Podeszła Łajza, podeszła Aisha, ale Summer Gift stała z daleka i miała moje nawoływania głęboko w zadzie. Stałem tak i nawoływałem, bo przecież wiem już, że w stajni dużo można osiągnąć cierpliwością i  konsekwencją.
Summer Gift

- Aleś ty uparty! - Krótko, zwięźle i dobitnie Natalia określiła coś, co ja uznałem za cierpliwość i konsekwencję.
- Nie uparty tylko konsekwentny! - Odparłem i patrzyłem z nadzieją, że Summer Gift jednak podejdzie a ja nie wyjdę na głupka.

Trwało to długo, ale wreszcie podeszła na odległość mojej wyciągniętej ręki. Mogłem jej dotknąć, choć do prawdziwego pogłaskania brakowało mi pół metra. Summerka dała się pomacać po nosie, a gdy zorientowała się, że nie mam marchewki - odeszła. Uznajmy jednak to zbliżenie za mój sukces. :-) Później oczywiście i tak dostała ode mnie wielką soczystą marchew.

Tymczasem wrócili gospodarze stajni z końmi. Przywitaliśmy się, złożyliśmy sobie życzenia i wymieniliśmy się spostrzeżeniami na temat noworocznego nastroju naszych wierzchowców. Okazało się, że konie jednak są osiodłane, co sugerowało, że może to jednak nie będzie taka symboliczna krótka jazda. Ja dostałem Cyrankę, Natalia Donę a Beatka Mniszkę. Ekipie przewodził Pan Jacek na Cytrynce. Miała jechać z nami jeszcze Anetka, ale nie dotarła na czas. Czteroosobowym składem wyjechaliśmy więc z terenu stajni.

- Jedziemy na czworobok czy w teren? - Usłyszałem pytający głos Pana Jacka.
- Możemy spróbować w teren! - Odpowiedziała Beatka, czym mnie trochę zaskoczyła, bo na Mniszce siedziała drugi raz w życiu. Gdyby się jednak nie zdeklarowała, zrobiłbym wszystko, żeby Ją na to namówić. Teren? tego nie było w planach ale najlepiej - jak mówi Pan Jacek - nic nie planować. Spontaniczne jazdy wychodzą najlepiej!

Ruszyliśmy kłusem w las i konie od razu nabrały solidnego tempa. Ja po wczorajszych próbach ruszenia Cyranki z miejsca byłem tak zaskoczony jej ochoczą jazdą, że nie nadążałem z anglezowaniem i co jakiś czas oklepywałem jej grzbiet moim ciężkim tyłkiem, który przez okres świąt przytył 4 kg.

Pierwszy raz w życiu jechałem w takim tempie między drzewami. Najpierw ścieżka była dość szeroka. Cyranka została z tyłu i nie mogłem z nią wyciągnąć kłusa na tyle, żeby dogonić pozostałe konie. Czułem, że lada moment pójdzie mi w galop i wcale się nie czułem pewnie z tą świadomością. Moje obawy nie trwały długo, to znaczy szybko się ziściły. Galop między drzewami na Cyrance... No ładnie, może na wszelki wypadek za pierwszym razem nie będę próbował jej zatrzymać, przynajmniej dopóki nie dogonimy peletonu. Wolę nie denerwować Cyranki i nie wykonywać gwałtownych manewrów... Szybko jednak dogoniliśmy pozostałe konie i Cyranka na mój sygnał zwolniła, zanim nadziała się na zad i kopyta, będącej dziś w bojowym nastroju, Dony.

Tymczasem szeroka ścieżka zmieniła się w wąską dróżkę, a my pędziliśmy slalomem pomiędzy coraz ciaśniej upakowanymi drzewami. Nie mam pojęcia jak to się stało, że ani raz nie wylądowałem na pniu, nie zahaczyłem nogą, nie oberwałem konarem w głowę. Dostałem ze dwa razy tylko miękkimi gałęziami ale to był dla mnie taki dodatkowy smaczek jazdy przez las. :-) Pierwszy raz w życiu musiałem uważać na spacerujących po lesie ludzi i jakieś upierdliwe kundle, które postanowiły obszczekać kopyta naszych koni.

Cytrynka, Mniszka i Dona jechały z przodu a my z Cyranką znów zostaliśmy trochę z tyłu. Pewien starszy Pan uprzejmie zszedł z drogi przepuszczając trzy konie, po czym wodząc za nimi wzrokiem prawie że wparował tuż przede mnie.

- UWAGA! - Wrzasnąłem, starszy Pan uskoczył i na szczęście uniknęliśmy niemiłej przygody. Podgoniłem jednak galopem, bo w ciągu kilku minut jazdy nauczyłem się kontrolować Cyrankę na tyle, żeby zagalopować i wstrzymywać ją wtedy kiedy chcę.

- Wojtek, przetestuję cię. Spróbuj poprowadzć zastęp! - Dostałem zadanie. - Tylko w równym tempie! - Podniósł poprzeczkę Pan Jacek. Dumnie ruszyłem więc z Cyranką do przodu i okazało się, że jako prowadząca już nie ma takiego wigoru. Tempo może i było równe ale na pewno nie było tak szybkie jak wcześniej. Udało mi się jednak całkiem płynnie pokonać kilka kolejnych zakrętów. Znowu sukces! :-)

- Jak będziemy dojeżdżać do stajni to skręć w lewo! - Usłyszałem. Wiedziałem, że to oznacza kłopoty i oczywiście, zaraz po zakręcie Cyranka mi zgasła, bo nie miała najmniejszej ochoty oddalać się od domu. Pan Jacek przejął więc ponownie prowadzenie i pojechaliśmy jeszcze kawałek w las, choć nasza wyprawa miała się ku końcowi.

Najbardziej niebezpieczny punkt naszej przejażdżki, jak się okazało, miał jednak dopiero nadejść.

Wyjechaliśmy z lasu na drogę, którą zwykle wracamy z padoków do stajni. Do przejechania zostało nam jeszcze kilkaset metrów, gdy wtem stało się coś, czego nikt z nas się nie spodziewał. Zza ogrodzenia usłyszeliśmy ujadanie psów. Moja Cyranka lekko się wystraszyła i uskoczyła delikanie w bok, jednak szybko się opanowała. Mniszka pod Beatką zrobiła to samo. Jadąca najbliżej ogrodzenia Dona wystraszyła się jednak znacznie bardziej i nagle w ułamku sekundy ruszyła z kopyta. Gdy płoszy się jeden koń, płoszy się całe stado, więc niemal w tej samej chwili, podążające przed nią Mniszka i Cytrynka, nie oglądając się za siebie wypruły do przodu. Za nimi wyrwała również Cyranka. Ruszyliśmy z kopyta i nie obchodziło jej to, że wjeżdżamy w las a ja dostaję po twarzy kolejnymi gałęziami. Konie poniosły. W kilka sekund wyprzedziliśmy Donę oraz Mniszkę i tylko kątem oka zobaczyłem, że Natalia wyleciała z siodła pół metra w górę i spada na ziemię. Starałem się za wszelką cenę wysiedzieć ten galop, nie zawisnąć na żadnej gałęzi i wygasić konia. Gdy udało się to Panu Jackowi, pozostałe konie również zwolniły i mogliśmy się zatrzymać. Beatka dzielnie wysiedziała w siodle tę paniczną ucieczkę, zostawiliśmy jednak daleko za sobą leżącą Natalię i nie mieliśmy zielonego pojęcia czy nie stało się coś poważnego.

- Beatko, zsiadaj z konia, weź Mniszkę i Donę. Idźcie do stajni. Ja dzwonię po żonę. - Pan Jacek trzeźwym umysłem ogarnął sytuację. - Wojtek, my jedziemy do Natalii!

Zawróciliśmy konie i podjechaliśmy do miejsca, w którym wszystko się zaczęło. Natalia wciąż leżała ale widać było, że się rusza. Ta pierwsza chwila, gdy Ją zobaczyłem to był moment, w którym kamień spadł mi z serca. Powoli oparła się na rękach, jeszcze zapewne nie poczuła na dobre wszystkich stłuczeń, bo uśmiechnęła się od ucha do ucha, po czym przy niewielkiej pomocy Pana Jacka dosiadła Cytrynki i wróciła do stajni w siodle. Naprzeciw nam wybiegli Łukasz i Pani Beatka i w tym poszerzonym gronie dotarliśmy na miejsce.

Wyglądało groźnie. Było groźnie.

Gdy oporządziliśmy konie (w międzyczasie w stajni pojawiła się Anetka, która przejęła Cyrankę i pojechała samotnie w las), opadły z nas emocje ale pozostał entuzjazm, bo wszystkie dzisiejsze przygody były absolutnie nieoczekiwane, wyjątkowe i na szczęście dobrze się skończyły. Do Natalii powoli docierało, że jest potłuczona i coraz bardziej doskwierał Jej ból. Dzielnie jednak towarzyszyła nam podczas ekscytującej stajennej dyskusji na temat wszystkiego, co dziś miało miejsce. Tyle wrażeń! Tyle doświadczeń!

Kilka godzin później Beatka dostała od Natalii MMSa ze zdjęciem siniaka. Fotka odsłania zbyt dużo ciała, żebym mógł ją opublikować na blogu... :-)) Wynika jednak z niej, że Dona przebiegła z rozpędu po udzie Natalii. Piękny dorodny siniak, jutro będzie bolało jeszcze bardziej niż dzisiaj, ale za to jakie to będą piękne kolory! ;-)

Nowy Rok spędziliśmy w siodle, będziemy więc w tym roku dużo jeździć konno i dużo się uczyć. Z każdą kolejną jazdą odkrywamy, że to naprawdę jest sport tylko dla ludzi z charakterem!

QŃ-ec



niedziela, 1 stycznia 2012

Sylwestrowo-noworoczna ostra jazda - cz. 1

...Tutaj jest część druga tekstu.

Myślałem, że ostatni wpis starego roku, lub w ostateczności pierwszy wpis nowego roku to będzie jakieś podsumowanie. Myślałem, że będą jakieś refleksje, spostrzeżenia, może nawet postanowienia. Jeździeckie życie nie daje mi jednak ani chwili wytchnienia. Sylwestrowa wizyta w Jackowie była jedynie preludium tego, co miało się wydarzyć w noworoczne popołudnie. Zacznę jednak od początku.

Już parę dni temu umówiliśmy się na sylwestrową jazdę. Godzinę przed umówionym terminem spadł w Ząbkach taki piękny, soczysty śnieg, że gęba mi się sama śmiała na wspomnienie radości, którą niedawno okazywała Cytrynka na widok pierwszego tegorocznego śniegu. Niestety zanim dojechaliśmy do Jackowa wszystko się roztopiło, spodziewałem się więc błota i kiepskich warunków do jazdy, choć oczywiście nie mogło mnie to zniechęcić do zaprezentowania się wszystkim w moim nowym kasko-toczku.

Cyranka się ze mną kłóci
W taką pogodę żaden koń nie miał ochoty pracować, a szczególnie Cyranka, której miałem zamiar dosiąść. Najpierw się ze mną pokłóciła w boksie, kiedy wycierałem ją ręcznikiem i słomą, bo wcześniej zdążyła zmoknąć na padoku. Kłótnia wyglądała tak, że ona zgrzytała zębami i straszyła mnie przednimi nogami. Ja wtedy stanowczo próbowałem ją spacyfikować głosem. Ona na to robiła zwrot i ustawiała się zadem w celu skopania mi tyłka. Gdy nogi już prawie były w powietrzu ja błyskawicznie zmieniałem pozycję i przyjmowałem postawę ofensywną, podnosząc jednocześnie głos i patrząc stanowczo w jej oczy. Ona na to lekko się odsuwała, odpuszczała zad ale wciąż kładła po sobie uszy i podnosiła przednią nogę, żeby mnie postraszyć. Ja na to brałem się z powrotem za wycieranie.
Cyranka się ze mną godzi
Miałem lekkiego "pietra" ale nie mogłem jej tego pokazać, bo uznałaby, że ona tu rządzi i byłoby po jeździe. Twardo udawała, że ona tu jest najważniejsza, jednak ostatecznie uznała moją zwierzchność i udało mi się ją wytrzeć, a następnie osiodłać. Tym razem wygrałem.

Droga na padok nie nastrajała zbyt optymistycznie, bo choć Cyranka wykonywała moje polecenia, robiła to bardzo leniwie. Przyspieszanie w stępie wyglądało jak branie rozpędu przez ślimaka. Jazda na padoku też nie należała do najszybszych. Leniwy stęp, leniwy kłus, wszystko leniwe jak pierogi. O galopie mogłem zapomnieć. Tymczasem dziewczyny (Beatka i Natalia) całkiem nieźle sobie radziły i miały dużo frajdy z jazdy. Podpinałem się raz pod zad Dony, raz pod zad Błyska, jednak generalnie rzecz biorąc jazda była bardzo niemrawa.

- Wojtek, wyjedź sobie za ogrodzenie na łąkę.
- Za ogrodzenie, to znaczy w teren? Panie Jacku, może ja jeszcze spróbuję na padoku.
- Spróbuj na łące, zobaczysz że w terenie to całkiem inny koń.

Ostatecznie zdecydowałem się wyjechać za ogrodzenie, byłem tam tylko raz na Donie (i pod opieką Pana Jacka na Mniszce) i pamiętam, jak niesamowite emocje mi towarzyszyły. Dziś na mułowatej Cyrance nie spodziewałem się sylwestrowych fajerwerków. Próby ruszenia kłusem kosztowały mnie wiele wysiłku.

- Dojedź do końca łąki i zawróć, zobaczysz jak ona będzie szła w stronę stajni! - Krzyknął Pan Jacek.

Jakoś dowlekliśmy się do końca i nagle już na zawrocie poczułem, że Cyranka nabiera prędkości i w ogóle ochoty do biegania. W kłusie weszliśmy w zakręt, Cyranka coraz bardziej się rozkręcała i już prawie byliśmy w galopie! Dobiegliśmy jednak do Pana Jacka i Cyranka zgasła zanim zdążyłem zainterweniować łydkami.

- Widzisz? Wojtek, spróbuj popracować, nie daj jej zgasnąć, dojedź przynajmniej do tamtego drzewa! - Zadał mi cel Pan Jacek.

Zrobiłem kółeczko trochę siłując się z Cyranką i jakoś dojechaliśmy do końca łąki. Zwrot i Cyranka znów ożyła. Kłus, potem galop. O rany, ona jednak dziś galopuje! Zrobiliśmy tak ze dwa - trzy kółeczka, bo nie umiałem jej utrzymać w tym galopie przez cały długi odcinek łąki. Z czasem jednak Cyranka coraz chętniej biegała. Galopowaliśmy w półsiadzie i w pełnym dosiadzie. Wreszcie galopowaliśmy przez prawie całą długość łąki. Czułem się coraz pewniej i postanowiłem spróbować czegoś trudniejszego, niż bieganie po ścieżce. Ruszyliśmy galopem na wprost, a po stu metrach zdecydowałem, że będziemy skręcać na przełaj. Nie było lekko ale ostatecznie Cyranka mi się poddała i wykonaliśmy piękny łuk, potem drugi. Wszystko w galopie i nawet na moment nie zgasła!

- Dobrze, naprawdę dobrze! - Połechtał moje ego Pan Jacek. Pogadaliśmy jeszcze dłuższą chwilę stojąc w miejscu, bo już powoli nadchodził czas powrotu.

- Dziś mi się nie chce ale kiedyś pokażę ci jak się galopuje bez wodzy, trzymając ręce w bok - dodał Pan Jacek na koniec, a mnie przeszła przez głowę diabelska myśl, że może jednak spróbuję się na koniec jazdy popisać, bo przecież nie byłbym prawdziwym facetem, gdyby mi to nie wjechało na ambicję... ;-) Zawróciliśmy więc z Cyranką do końca łąki, po czym ruszyliśmy galopem. Puściłem wodze, rozłożyłem ręce i tylko patrzyłem, czy wszyscy zgromadzeni podziwiają mój galop bez trzymanki! Pędziliśmy tak w równym tempie, gdy nagle Cyranka lekko zgasła i przeszła do kłusa. Ja ją delikatnie zmotywowałem palcatem ani przez chwilę nie chwytając wodzy i dalej pędziliśmy w galopie bez trzymanki! Okazało się, że na koniec jazdy już całkiem nieźle trzymam równowagę w siodle!

Co robiły dziewczyny na padoku - nie wiem. Za bardzo byłem zajęty sobą i Cyranką... Kątem oka jednak widziałem zagalopowania i całkiem niezłą Ich zabawę, choć One też nie wiedziały, że to dopiero początek. Żadne z nas nie spodziewało się, co nas czeka następnego dnia, czyli w Nowy Rok...


QŃ-ec cz. 1.

piątek, 30 grudnia 2011

Czarno - biały grudzień


Ostatni miesiąc tego roku był "pod względem końskim" bardzo udany. Kilka razy byłem w siodle, oprócz tego jeszcze kilka razy w stajni w innych celach. Dużo się działo. Był Pan Kowal, było wynoszenie gnoju no i oczywiście były jazdy, w trakcie których towarzyszyły nam m.in. nasze dwie znajome Weroniki -  ciemnowłosa i jasnowłosa.

- Cześć Weronika, to o której do nas przyjedziesz? Bo wiesz, my jesteśmy umówieni na konie.  Nie wiem czy chcesz z nami jechać... Chesz? No to super.

Może to nie brzmiało zbyt gościnnie ale przecież cóż bardziej ciekawego od koni moglibyśmy zaproponować naszym Gościom? Do knajpy lub na imprezę może Ją wziąć każdy inny znajomy. My Weronikę (tę bardziej ciemnowłosą) weźmiemy do stajni.

Weronice przypadła w udziale Cyranka i chyba obie sobie przypadły do gustu, bo ani jedna, ani druga nie zgrzytała zębami. Wszyscy w stajni wiedzą, że jeżeli Cyranka kogoś nie lubi, to zgrzyta zębami. Nie wiem jak jest z Weroniką... W każdym razie pozostała część składu była klasyczna: Beatka na Błysku, Natalia na Mniszce i ja na Donce.

Osiodłaliśmy konie i ruszyliśmy w drogę a towarzyszyły nam idące piechotą osoby z pochodniami w rękach. Po dojechaniu na padok okazało się, że Łukasz tak bardzo zaangażował się w odpalanie generatora prądu, że urwał linkę i na padokach było tylko tyle światła, ile odbiło się od zasnutego chmurami nieba. To jednak w zupełności wystarczyło, żeby pojeździć sobie kłusem. Trudniej było jednak lonżować, Weronika nie mogła więc odbyć klasycznej "pierwszej lekcji". Były z nami jednak dziewczyny, którym stajenny wysiłek nie jest obcy (niedawno wspólnymi siłami wywoziliśmy gnój z boksów) czyli Natalia (młodsza) i Anetka. Zmieniając się goniły dookoła padoku z Cyranką i Weroniką na grzbiecie. Może uściślę - z Cyranką na uwiązie i Weroniką na grzbiecie Cyranki. 

Weronika okazała się kolejną osobą znacznie bardziej zdolną ode mnie. Szybko załapała kłus, anglezowanie, kłus ćwiczebny a nawet kłus bez strzemion. Nie mam pojęcia ile kilometrów wybiegały Natalka i Anetka, w każdym razie dzięki Nim Weronika mogła naprawdę pojeździć, pomimo całkowitego braku oświetlenia.

Jeżeli chodzi o mnie, nie obyło się bez przygód. Nagle zaświstał wiatr, Donka mi się spłoszyła i uskoczyła, Mnisia się przestraszyła Donki i uskoczyła, w tym czasie ja już leciałem na ziemię a tuż po mnie wylądowała na niej Natalia. No to mamy pierwszy zespołowy upadek za sobą. Fajnie było! :-)) Zebraliśmy się jednak szybko i wskoczyliśmy z powrotem w siodła. ...Ale żeby się konie wiatru bały? :-)

Beatka, jak to Beatka ostatnio, najpierw spacyfikowała bryknięcia Błyska a potem słyszałem tylko jak Ją Pani Beatka chwaliła. 

- Patrz Wojtek jak Ona jeździ! No patrz! Wolty, półwolty, PATRZ! 

No to patrzyłem, bo ja bardzo lubię na Nią patrzeć. Tak patrzyłem, że o mało znów nie zleciałem... Ostatnio co jazda to ląduję na ziemi. Zawsze chciałem być pilotem ale jazda konna to definitywnie nie jest sport, w którym powinno się życzyć "tyle lądowań, ile startów"... :-)

Przez las w świetle pochodni
Nadszedł czas powrotu a tu nagle Pani Beatka zafundowała nam kolejną frajdę. Tym razem nie wracaliśmy prosto do stajni, tylko zrobiliśmy spacer okrężną drogą przez las w świetle pochodni. Szliśmy więc ścieżką, od czasu do czasu oddalając się między drzewa, patrząc kątem oka na płomienie i ufając koniom, które widziały więcej od nas. Przejeżdżaliśmy przez doły ćwicząc pokonywanie przeszkód. I te pochodnie... MAGIA! Raz tylko zdarzyło się, że za blisko podjechaliśmy z Doną zada Błyska, więc się Błysk wkurzył i wywinął w nas kopytami. Był to jednak delikatny ostrzegawczy kopniak i obyło się bez siniaków.

Wróciliśmy do stajni i jak zawsze po wieczornej jeździe zostaliśmy do kolacji. Smacznego koniki!



* * * 

- Cześć Weronika, to będziesz na 14? Albo najlepiej tak ze 20 minut wcześniej, bo będziemy samemu przygotowywać konie do jazdy!
- Będę!
- No to do zobaczenia za dwadzieścia druga!

Przyjechaliśmy oczywiście spóźnieni, tuż po 14, a Weronika już na nas czekała. Na szczęście w stajni panowała cisza i spokój, nie były zaplanowane żadne jazdy bezpośrednio po nas, mogliśmy więc spokojnie zająć się końmi. Przyjechaliśmy do stajni a tu śnieg! Na widok tego śniegu Cytrynka na padoku zaczęła podskakiwać jak szalona. Sam miałem ochotę podskakiwać razem z nią. Prawdziwy biały i zimny śnieg! 

Weronika (ta jasnowłosa) dostała Mniszkę a my z Beatką klasycznie - Donę i Błyska. Pierwszy raz w życiu przypadło mi w udziale objaśnianie jak przygotować konia do jazdy, choć nie za bardzo umiałem ogarnąć jednocześnie moją Donę i Weronikę z Mniszką. No ale skąd niby mam sobie umieć radzić z trzema osobnikami płci żeńskiej na raz? Pomogła więc, jak zawsze, nieoceniona Pani Beata.

Błotko lekko stężało i podłoże znacznie bardziej nadawało się do szaleństw, niż ostatnio. Czego to ja nie wyczyniałem... Galopy w półsiadzie, galopy w pełnym dosiadzie, galopy bez strzemion... Ale była jazda! Dona potknęła się ze dwa razy ale za każdym razem przewidziałem potknięcie i byłem na nie przygotowany. Nie spadłem! Ani raz! Beatka kolejny raz odstawiała na Błysku swoje eleganckie wolty i półwolty. Za co by się nie wzięła, Skubana, robi to metodycznie, konsekwentnie i z ogromną gracją.
Weronika również podeszła do tematu ambitnie, więc na własne życzenie dostała w kość od Pani Beatki. Poradziła sobie świetnie ale następnego dnia, jak to sama ujęła "chodziła jak cyrkiel" :-)

Wróciliśmy do stajni i przyszedł czas na rozsiodłanie, sprawdzenie kopyt i zaprowadzenie koni na padok. Nagle Mnisia rozstawiła tylne nogi, oparła się na krawędziach tylnych kopyt, po czym zesikała się takim strumieniem i taką ilością, jakby wypiła wcześniej ze dwadzieścia piw. Zmoczyła sobie przy tym całe tylne kopyta a trzeba je przecież jeszcze sprawdzić po jeździe...

- O Fuuu... Jak ja mam to zrobić? -  rzuciła z grymasem na twarzy Weronika.
- No jak to jak? Normalnie! Koń sobie sam przecież nóg nie wytrze ani kopyt nie wyczyści! - Taka ze mnie mądrala.

Weronika dzielnie podniosła każde kopyto i sprawdziła je kopystką. Jestem z Niej dumny, kiedyś się umówimy na wspólne wywożenie gnoju z boksów! :-))

QŃ-ec.



P.S.: 
- Weronika ciemnowłosa jeździła z nami 17 grudnia.
- Weronika jasnowłosa jeździła z nami 21 grudnia.


Brunet wieczorową porą


Bardzo byłem ciekaw jak to będzie jeździć konno przy sztucznym świetle, bo jeszcze tego nie robiłem. Zima jakaś taka niewydarzona, śniegu nie ma ale słońce zachodzi wcześnie. Przyjechaliśmy z Beatką do Jackowa wieczorową porą a tu większość koni się szykuje do wyjścia, normalnie jakby jakieś święto było, jakiś Hubertus grudniowy czy "cuś"... Pogoni za lisem w planach oczywiście nie było ale i tak wyjście dużą grupą na jazdę to zupełnie wyjątkowy klimat, zwłaszcza, że najpierw trzeba dojść na padok przez ciemny las.

Dona, Cyranka, Mniszka, Cytrynka, Błysk, Kacyk. W tak szerokim składzie jeszcze nie jeździłem. Sześć osób w siodłach i dodatkowo kilka pieszo. Nic więc dziwnego, że się dużo działo!

Beatka i Błysk
Na początku brykała Beatka, to znaczy Błysk brykał, a Beatka razem z nim. Z każdym kolejnym brykiem coraz bardziej doskonaliła swe umiejętności w rodeo, więc Błysk się w końcu zniechęcił i zaczął normalnie jeździć. Normalnie do czasu, gdy zapragnął podgonić do reszty koni i dostał takiego przyspieszenia, jakby mu się turbosprężarka włączyła. Nie przypominam sobie, żebym u niego wcześniej widział takie tempo fouli w galopie. Nie przypominam sobie również tak szeroko otwartych oczu Beatki, jak w tym momencie. Zdziwienie i zaskoczenie z lekką domieszką przerażenia. Na szczęście Błysk w narzuconym sobie i Beatce tempie dogonił resztę koni w trzy sekundy, po czym zechciał wyłączyć turbo.

Old Spice
Łukasz szalał na Cyrance. W półmroku na tej siwej klaczy wyglądał tak, że gdybym był młodszy o dwadzieścia lat,  to nawet mnie by poderwał :-)) Dwoił się i troił, robił wszystko, żeby się potknąć i nie spaść, co mu się ze dwa razy udało. Wyglądał i jeździł tak, że szczerze Mu zazdroszczę... :-)) Cyranka po tym wieczorze była cała mokra jak kura ale spośród wszystkich koni być może właśnie ona miała największą frajdę. "Old Spice. Siedzę na koniu."

Dominika na Cytrynce
Dominika patrzyła na to wszystko z lekkim grymasem, ponieważ uważa, że jak już robić prezentację to przynajmniej poprawną technicznie. Pokazała więc nam wszystkim, że Cytrynka już umie ruszać na sygnał ze stępa do galopu i robić lotną zmianę nogi w galopie. Cytrynka szybko się uczy. Jej też zazdroszczę. To znaczy nie Cytrynce tylko Dominice zazdroszczę tego jak jeździ. Zazdroszczę oczywiście również samej Cytrynki.

W to szybkie tempo weszła również Natalka, która będąc dopiero po kilku lekcjach odważnie poszła w galop na Mniszce. Galopowała metodą "i chciałabym, i boję się", czyli dzielnie się przytrzymywała paska przy siodle. Nie zleciała, przynajmniej do czasu, gdy podjechał Łukasz i Ją ściągnął z siodła na ziemię.

Natalia i Łukasz
na Mniszce i Cyrance
Od tego się zaczyna... ;-)

Generalnie rzecz biorąc nieźle się razem bawili, co widać na załączonych obrazkach... :-) Zazdroszczę Natalce tego, że galopuje już po kilku lekcjach. Mnie to zajęło pół roku... Mało zdolny jestem...

Anetka na Kacyku
Anetka natomiast rozjeżdżała Kacyka, który ma siłę i kondycję za dwa konie. Obierała sobie ściśle określony kierunek, ściśle określone tempo, ściśle określony chód i trenowała Kacyka ściśle według swoich zamierzeń. Gdy któryś z naszych koni zaczynał wydziwiać, wystarczyło go podpiąć pod zad Kacyka i od razu mu wracała ochota do jazdy w odpowiednim tempie. Zazdroszczę Anetce tego, że zaczęła jeździć w młodym wieku. Cholera, ileż ja lat straciłem!

Pani Beatka, Pan Jacek
Co straciłem to nadrabiam. Najczęściej razem z Doną i tak było również tym razem. Plan na dziś był taki, żeby zrobić z Doną przede wszystkim porządnego wyciągniętego kłusa. Jak chciałem tak zrobiłem i byłem z tego bardzo zadowolony, tym bardziej, że Pan Jacek i Pani Beatka powiedzieli, że widać po koniu, że mnie słucha, jest mną zainteresowany i współpracuje na 100%. Mieliśmy z Doną dobry dzień, przyszedł więc czas na galop. Zostałem strzeżony, żeby uważać na nos, bo Dona lubi ostatnio wchodzić w galop z przytupem i dwa nosy już rozwaliła, kiedy pechowi jeźdźcy zaryli nimi w końską szyję.

Ruszyłem więc do galopu, a że coś mi te galopy przestały ostatnio wychodzić, ledwo ruszyłem, po kilku foulach Dona się potknęła, ja straciłem równowagę, nie chcąc zaryć nosem w szyję Dony odchyliłem się w bok i poczułem, że lecę. Szybko zrozumiałem, że tym razem wyląduję bardzo blisko kopyt. Zdążyłem tylko pomyśleć, że trzeba się trochę odsunąć, upadając odturlałem się o jeden obrót, jednak zanim zdążyłem to zrobić, poczułem ocierające się o mój bok kopyta Dony. Było blisko.

- Pamiętam, pamiętam! Najpierw łapać konia! - Krzyknąłem z uśmiechem, bo już się nie zastanawiam po upadku nad takimi pierdołami jak ewentualne własne kontuzje. Wstałem czym prędzej i poleciałem po Donę, która zatrzymała się dosłownie kilka metrów dalej. Podbiegłem, pomiziałem się z Doną, wskoczyłem w siodło i poszliśmy znów w galop. Może i jestem mało zdolny ale NA PEWNO kiedyś się nauczę porządnie jeździć! Sam sobie zazdroszczę tego entuzjazmu! :-))

Natalia na Donie
Chciałem mieć jakieś pamiątki z tej jazdy, więc na koniec Donkę dosiadła Natalia (druga) a ja wziąłem do ręki aparat i pstryknąłem kilka obrazków. Wróciliśmy do stajni, rozsiodłaliśmy konie, a gdy odpoczęły, kolektywnie rozdzieliliśmy im kolację. Uwielbiam ten odgłos, gdy całe stado zajada!

Wypadałoby jeszcze wyjaśnić tytuł tej notki... Brunet? Oj tam, oj tam, nie było żadnego bruneta. Ani Pan Jacek, ani Łukasz ani ja nie jesteśmy brunetami. Nie było więc żadnego bruneta, no chyba, że się jakiś chował w krzakach...

QŃ-ec.
My z Doną

P.S. Ta nasza stadna wieczorna jazda miała miejsce 13 grudnia.


środa, 30 listopada 2011

"Znów dziś przeszła obok mnie..."

Aisha
Aisha. Klacz, która została wykupiona przez Pana Jarosława z pewnego miejsca o bardzo złej sławie. Gdy trafiła do Jackowa, była mała i chuda. Wszyscy myśleli, że jest źrebakiem, wyglądała, jakby miała pół roku, a ona miała już prawie trzy lata. W Jackowie okrzepła, nabrała ciałka i energii, wyprowadzona na padok znów zaczęła cieszyć się życiem. Z pozostałymi końmi w stajni nie mogła jeszcze mieć bezpośredniego kontaktu, jednak komunikowała się z nimi "po końsku" na odległość, co czasem nawet ponoć nie pozwalało spać gospodarzom.

Wreszcie dla Aishy nastał wyjątkowy dzień, w którym będzie mogła dołączyć do stada.

W niedzielę (20 listopada) mieliśmy wspaniałą jazdę, galopowaliśmy na cztery konie, była piękna pogoda, ja oczywiście wziąłem ze sobą aparat i oczywiście nie zabrałem go ze stajni na jazdę... Zdjęć z tego pięknego dnia więc nie mam. O tamtej jeździe może napiszę innym razem, wspomniałem o niej dziś dlatego, że gdy tylko wróciliśmy do stajni, Pani Beatka oznajmiła:

- Jutro spróbujemy dołączyć Aishę do stada!

Wiem już co nieco o tym, że w stadzie jest hierarchia, że każdy koń musi wywalczyć sobie swoją pozycję, że nie każde nowe zwierze może być do stada przyjęte itp. Zapowiadało się więc fascynujące wydarzenie, w trakcie którego miałbym szansę obserwować relacje końskiej społeczności, w tej wyjątkowej sytuacji, kiedy pojawia się ktoś nowy. Nie mogło więc mnie zabraknąć tego dnia w stajni!

- Pani Beatko, przyjadę na pewno! O której godzinie mam być?
- Zaczynamy o 18.

Pędziłem na łeb, na szyję, odwiózłszy wcześniej Beatkę na zajęcia i ciesząc się jednocześnie z moich elastycznych godzin pracy. Przez te cholerne korki o mało się nie spóźniłem.

- Będziesz? - zapytała przez telefon Pani Beatka. Odebrałem rozmowę za kierownicą, na sumieniu mam więc jakieś punkty karne i mandat - na szczęście tylko na sumieniu, bo nikt nie złapał mnie na gorącym uczynku.

- Za 10 minut!
- No to czekamy.

Gdy dotarłem, wszyscy jeszcze czekali. Każda z obecnych dziewczyn miała w ręku bacik, stado było na padoku a powietrze było naelektryzowane, jakby zaraz się miało wydarzyć coś naprawdę ekscytującego. Pani Beata poszła do boksu po Aishę, a ja przygotowałem aparat.

Aisha została wprowadzona na padok. Konie zauwazyły nowego osobnika i rozpoczęła się ceremonia.

Ja i One
Najpierw konie zbliżyły się powoli do Aishy, potem położyły po sobie uszy, a następnie rozpoczęły się pierwsze próby podporządkowania "nowej". Aisha była zdenerwowana, ale nie miała ochoty poddawać się "starym". Konie były w coraz bardziej bojowym nastroju, do akcji wkroczyła więc Pani Beatka i dziewczyny z bacikami, przy pomocy których "rozbujały" całe stado, aby odwrócić uwagę od nowego osobnika,

Konie zaczęły galopować dokoła padoku, pośród nich miejsce próbowała znaleźć Aisha. Gdy konie się wyszalały, znów zostały pozostawione same sobie, a my czekaliśmy w gotowości, gdyby "negocjacje" koni przybrały zbyt agresywną formę.

Summer Gift, klacz "alfa" nie była w pełni sił, dlatego procedura "ustawienia nowej" przypadła w udziale drugiemu w hierarhii stada Kacykowi. Ten mały diabeł, zaczął więc zaganiać Aishę z jednego miejsca w kolejne, próbując na niej wymóc, żeby się poddała, okazała uległość i oznajmiła mu to w końskim języku. Aisha jednak ani myślała się poddawać. Gdy Kacyk atakował, ona uciekała. Gdy dochodziło do bezpośredniej konfrontacji, w ruch szły tylne nogi. Raz Kacyk dostał kopniaka, innym razem Aisha. Pozostałe konie również nie miały ochoty na bliższą znajomość z Aishą i gdy ta się zbliżała, od razu kładły po sobie uszy i odstraszały ją.

Aisha była bardzo zdenerwowana i coraz bardziej zmęczona. Ciągnęła do wyjścia i do ludzi, którzy byli dla niej, jak dotąd, jedynym stadem, jakie znała. Nie chcieliśmy jej jeszcze pozwolić wyjść i zmuszaliśmy ją do dalszych prób integracji ze stadem. Pojawiły się nawet pierwsze oznaki uległości (Aisha zwiesiła głowę i zaczęła się oblizywać), jednak wszystko toczyło się zbyt wolno, a Aisha coraz bardziej panikowała. W końcu musieliśmy dać za wygraną i wyprowadzić ją z padoku. Kiedy trafiła do boksu, była całkowicie mokra i przerażona. Było dość zimno, więc parowała jak lokomotywa a z oczu jej płynęły łzy. Pozwoliła jednak do siebie podejść i była w stosunku do nas bardzo ufna. Pani Beata z Natalią wytarły Aishę słomą, a ona wkrótce się uspokoiła.

- Co teraz?
- Spróbujemy jutro, tym razem wpuścimy ją tylko do Summerki.

Nie zdawałem sobie sprawy, że widowisko może być ekscytujące, ale również dramatyczne. Tym razem klacz nie została przyjęta do stada.

Ja tu rządzę!
Nazajutrz pojawiłem się w stajni o 10 rano. Aisha wyglądała na wypoczętą i w dobrej formie, wpuściliśmy ją na pusty padok. Po pewnym czasie dołączyła do niej najważniejsza w stadzie Summer Gift. Summerka nie goniła Aishy, lecz odcięła ją od padoku, zastawiając własnym ciałem teren i pozostawiając Aishy jedynie mały skrawek przy wyjściu. Aisha próbowała przez moment walczyć, raz użyła tylnych kopyt ale nacięła się na odpowiedź Summerki, która nigdy nie daje sobie "w kaszę dmuchać".

Odsunęliśmy klacze od wejścia i wprowadziliśmy Mniszkę, która w hierarchii stada jest na samym końcu. Sytuacja na padoku się nie zmieniła, Aisha nie była nawet zainteresowana szukaniem sprzymierzeńców, chciała tylko uciekać. Potem wprowadziliśmy jeszcze Donę i na koniec Kacyka. Kacyk kolejny raz podjął próbę podporządkowania Aishy, jednak ta broniła się kopytami, a gdy tylko mogła, uciekała w stronę wyjścia. Nagle pojawiło się na piersi Aishy małe rozcięcie - efekt kopniaka Kacyka. Kolejny raz musieliśmy dać za wygraną, bo Aisha panikowała i nie było żadnych perspektyw na zmianę tego stanu. Wróciła więc do boksu.

- Po południu spróbujemy jeszcze z Siwymi. - Powiedziała Pani Beatka.

Była jeszcze szansa, żeby rozdzielić stado i zintegrować Aishę z Siwymi, tzn. Cyranką i Cytrnką. Podczas tej trzeciej, ostatniej próby okazało się jednak, że Aisha ma już dość prób integracji z kimkolwiek. Aisha wróciła do boksu. Przyłączenie Aishy do stada się nie udało, nie zdołała sobie wywalczyć miejsca dla siebie, wśród innych koni.

Nie zdawałem sobie sprawy z tego, że cały ten spektakl będzie tak dramatyczny. Teraz wiem, że łączenie konia ze stadem wcale nie musi być bezbolesne i łatwe. Konie walczą ze sobą o pozycje w grupie, a tam, gdzie się pojawia walka, może się pojawić czasem nawet krew. Tak zachowują się na padoku, bo tak zachowują się również w naturalnym środowisku. Takie po prostu są konie...

Szkoda, że Aishy się nie udało, bo przecież konie to zwierzęta stadne, jest czymś naprawdę niesamowitym obserwowanie ich zachowań w stadzie i byłoby wspaniale widzieć ją wśród innych zwierząt. Nasza młoda klacz będzie niestety musiała urzędować na padoku samotnie. Dla Aishy jedynym stadem pozostaniemy na razie my - bywalcy Jackowa.

QŃ - ec


Aishę łączyliśmy ze stadem 21 i 22 listopada 2011 r.

poniedziałek, 14 listopada 2011

Rodzinna zaraza

- Tata, kiedy pojedziemy na konie?
- Grzesiu, jak tylko będzie okazja to na pewno pojedziemy.
...

- Tata, kiedy w końcu pojedziemy na konie?
- Grzesiu nie wiem, jak tylko będziemy mieć czas, to na pewno pojedziemy.
...

- Tata, kiedy wreszcie pojedziemy na konie? Wy z Ciocią Beatką ciągle jeździcie!

To prawda, w Krakowie wciąż nie było czasu. Z okazji Święta Niepodległości zdarzył się jednak długi weekend, więc Grześ wsiadł razem z ciocią Gosią (moją siostrą) do pociągu i przyjechali do nas, do Ząbek. Zaplanowałem oczywiście wizytę w Jackowie, choć nie przypuszczałem, że podczas tego weekendu odwiedzimy stajnię dwukrotnie. Może ktoś tu się jeszcze końmi zarazi...

- Gośka, Grześ wsiądzie na Kacyka a Ty dostaniesz Donkę! - Oznajmiłem siostrze.
- Donkę? - Zapytała Gośka z nieukrywaną obawą w głosie. Biedna, naczytała się wcześniej o Donce i była absolutnie przekonana, że to nie będzie dla niej łatwa jazda.

Przyjechaliśmy do stajni, zapoznaliśmy się z gospodarzami, zwiedziliśmy teren i wzięliśmy się za przygotowanie wierzchowców do jazdy. Beatka, pomimo nie do końca wyleczonej kości ogonowej, nie wytrzymała i postanowiła dosiąść Błyska. Mnie tym razem, ze względu na pohubertusowe przeziębienie przypadła jedynie rola obserwatora.

Grześ z nieocenioną pomocą dziewczyn, bywalczyń Jackowa, oporządzał Kacyka. Po krótkiej prezentacji jak czyścić kopyta, wziął się ochoczo za to zadanie. Kacyk jednak odsunął się w bok.

- Kacyk, współpracuj! - usłyszałem głos Grzesia i uśmiechnąłem się pod nosem. Po chwili miał już kopyto w dłoni i bez żadnych uprzedzeń majstrował przy nim kopystką. Radził sobie całkiem nieźle!

Tymczasem Gośka, z pewną taką nieśmiałością, zaczęła czyścić Donę. A Dona, jak to Dona, rozpoczęła swoje końskie negocjacje. Najpierw położyła po sobie uszy, potem zaczęła tupać kopytem, następnie próbowała capnąć zębami a na koniec zaczęła wywijać tylną nogą i straszyć Gośkę. Dzielna siora jednak nie dała się przestraszyć i konsekwentnie, krok po kroku, czyściła Donę. Ja próbowałem ją stanowczo, acz delikatnie spacyfikować (Donę, a nie Gośkę), gdy tylko próbowała kopnąć tylną nogą (Dona, a nie Gośka). Dona dziś ewidentnie nie miała ochoty na pieszczoty, jakoś jednak udało się ją przygotować do Jazdy.

W innym miejscu Beatka zajmowała się Błyskiem i nawet nie zauważyłem, kiedy była już gotowa do wyjazdu. Ruszyliśmy więc całą wieloosobową ekipą na czworobok.

Oj działo się, działo. Gośka rozpoczynała jazdę nieśmiało, Pan Jacek uczył Ją więc podstaw, czyli kobiecych ruchów biodrami, wypinania biustu i takie tam... ;-) Pan Jacek to jednak fachowiec i Gośka szybko zaczęła robić postępy. Pod koniec lekcji kierowała już koniem samodzielnie a Dona posłusznie wykonywała Jej polecenia. Cóż, siostrę mam zdolną, pamiętam moje pierwsze przygody z Doną, która moje polecenia miała głęboko w zadzie.

Pani Beata zrobiła z Grzesiem rozgrzewkę, po czym przeprowadziła ćwiczenia związane z równowagą. Grześ miał stanąć w strzemionach, nie trzymać się niczego i nogi miały Mu nie uciekać do tyłu. Nogi jednak uciekały.

- Tego się nie da zrobić! Nie pozwalają na to prawa fizyki! - wypalił mój jedenastoletni Mądrala.

Grześ jeszcze nie wiedział, że podczas następnej jazdy przyjdzie mu na własnej skórze odczuć żelazne prawa fizyki, które bezwzględnie wiążą się z jazdą konną. Tymczasem jednak powoli zaczął łapać równowagę, poziom trudności został więc zwiększony i rozpoczęła się nauka jazdy kłusem oraz anglezowania.

W pewnym momencie Kacyk zaplątał się tylnymi nogami w bacik i ruszył do galopu. Grześ chwycił się siodła i zrobił w galopie pół kółeczka.

- O ja cię, Tata, ale super! - Krzyknął.

Od razu Mu się spodobało a ja w tej samej chwili przypomniałem sobie mój pierwszy galop na Dakarze. Pani Beatka widząc entuzjazm Grzesia pogoniła Kacyka do galopu, a Grześ z uśmiechem na ustach wysiadywał kolejne "foule".  



Zrobili jeszcze parę kółek, aż tu nagle gdzieś zza pleców usłyszałem:

- Patrzcie, patrzcie! Galopowałam, o jejku, galopowałam! Błyyysk kocham Cię!

Beatka, jeżdżąca jak dotąd dookoła nas wszystkich dostojnym kłusem nagle poczuła, że chce czegoś więcej i zapominając o swojej stłuczonej kości ogonowej zaczęła się rozpędzać. Fotel o imieniu Błysk nie dał się dwa razy prosić tylko ochoczo ruszył z kopyta.

- O jejku, widzieliście? Galopowałam!

To było do przewidzenia, że się Beatce spodoba. Galop w żywym fotelu, cóż może być przyjemniejszego? Od tej pory Błysk musi się liczyć ze zwiększonym wysiłkiem, podczas naszych wizyt w stajni Jackowo. Nie ma zmiłuj. Chciałeś Błysku? No to masz. Beatka już umie galopować i uwielbia to robić razem z Tobą. Nie masz więc już wyjścia! :-)

Czas naszej jazdy szybko minął i trzeba się było zbierać z powrotem do stajni. Grześ samodzielnie stępował przez las na posłusznym Kacyku a momentami nawet kłusował. Po minach moich wspaniałych jeźdźców widziałem, że będą chcieli tu jak najszybciej wrócić, umówiliśmy się zatem, że za dwa dni znów pojawimy się w Jackowie.




* * *

Minęły dwa dni. Pogoda nam się trochę popsuła, zrobiło się szaro i mokro ale to przecież nie jest powód, żeby nie pojechać do koni. Ruszyliśmy więc w takim samym składzie, mając w perspektywie jazdy na tych samych koniach, co ostatnio. Tym razem przygotowanie koni do jazdy poszło sprawniej, niż poprzednio.

Kontuzjowana Pani Beatka nie towarzyszyła nam dziś w drodze na czworobok. Zamiast Niej wybrała się z nami Dominika a ja postanowiłem się bliżej przyjrzeć, na przykładzie Dominiki, jak się lonżuje konia. Gośka od razu trafiła pod opiekę Pana Jacka, wkrótce potem zobaczyłem, jak, skubana, samodzielnie jedzie kłusem na Donce. Beatka śmigała tu i tam na Błysku, który może nie był aż tak chętny do galopów jak poprzednio, ale jednak trochę pobiegał. Grześ na lonży od samego początku radził sobie całkiem dobrze, szybko więc Dominika przeszła z nim do kłusa i to bez trzymanki.

Grześ z ogromnym entuzjazmem i uśmiechem na ustach wykonywał właśnie anglezowanie z rękami rozłożonymi na boki, gdy nagle coś się stało.

Kacyk się spłoszył. Ruszył z kopyta w galop i zarzucił zadem. Grześ w ułamku sekundy wyleciał w powietrze, po czym spadł wprost na ziemię. Zamarłem. Zamarliśmy z Dominiką. Usłyszałem krzyk i płacz.  Przeleciało mi przez głowę, że mogło się coś stać i w jednej chwili byłem przy Grzesiu a głowa od razu przestawiła się na intensywne myślenie o dalszych krokach, w zależności od rozwoju sytuacji.

- Auuuaaa! Bolą mnie plecy!

Grześ rąbnął idealnie płasko plecami i na chwilę stracił oddech. Po chwili otworzył oczy i popatrzył na mnie zapłakanym wzrokiem. Kazałem Mu leżeć i się nie ruszać. Dopiero po chwili spróbowaliśmy delikatnie ruszyć każdą ręką i nogą. Po dłuższej chwili poprosiłem, żeby delikatnie spróbował przewrócić się na bok. Wyglądało na to, że żaden ostrzejszy ból nie pojawia się przy próbie poruszenia się, choć plecy wciąż bolały i grymas nie znikał z twarzy. Potem Grześ ostrożnie przewrócił się na drugi bok. Obserwowałem Go bardzo uważnie, bo przecież nie miałem pewności, czy wszystko jest OK, Wyglądało jednak na to, że ból powoli ustępuje, bo buzia Grzesia wydawała się mówić, że wkrótce będzie próbował wstawać. Delikatnie i powoli, pomimo wciąż odczuwalnego bólu pleców, przy mojej niewielkiej pomocy podniósł się, po czym... Podszedł do Kacyka, pogłaskał go i się do niego przytulił! Szczerze mówiąc, gdyby się nie chciał już zbliżyć do konia, zrozumiałbym Go. On jednak ani przez chwilę nie miał pretensji do Kacyka.

Umorusany po upadku,
ale ponownie w siodle.
Pogadaliśmy chwilę o tym jak to jest z tymi upadkami, bo przecież dobrze wszyscy wiemy, że jazda konna nie jest sportem, w którym nie ma żadnego ryzyka. Grześ nie czuł się na siłach samodzielnie wskoczyć na Kacyka, ale zapytany, wyraził chęć usadowienia się ponownie w siodle. Pomogłem Mu więc wgramolić się na grzbiet, Dominika rozwinęła lonżę i postanowiliśmy trochę postępować. O dziwo nie widać było w oczach Grzesia ani strachu ani niechęci. Po dłuższej chwili stępa spróbował nawet ponownie zakłusować, choć ból pleców odebrał Mu przyjemność z takiej jazdy i szybko poprosił o powrót do stępa. Nie bał się jednak! Kiedy już nabraliśmy pewności, że obyło się bez żadnej kontuzji, Pan Jacek pogratulował Grzesiowi końskiego chrztu bojowego a umorusany na buzi młody jeździec uśmiechnął się szeroko od ucha do ucha.

Na Arisie i na oklep.
Gdy wróciliśmy do stajni, Grześ dosiadł jeszcze na oklep ogierka Arisa. Pan Jacek zerknął na Niego i zapytał mnie:

- Jak myślisz Wojtek, zarazi się końmi?

Nie wiedziałem co odpowiedzieć, bo miałem świadomość, że bolące plecy wciąż dają znać o sobie, jednak gdy wracaliśmy samochodem do domu, usłyszałem z tylnego siedzenia:

- Tata, kiedy pojedziemy znowu na konie?

QŃ-ec


P.S. Bardzo dziękuję za zdjęcia Kasi i Robertowi!. Autorem najładniejszych, tych najbardziej jesiennych zdjęć z dzisiejszego wyBryku jest Robert Nowak.