piątek, 4 listopada 2011

Dona szalona

Część pierwsza. 

Tego, co miało miejsce wczoraj, kompletnie się nie spodziewałem. Bardzo chciałem pojechać do Jackowa, bo podczas dwóch ostatnich jazd w Dubelbarze dużo się nauczyłem (tak mi się przynajmniej wydawało) i chciałem, aby Dona lub Cyranka poddała moje nowo nabyte umiejętności fachowej weryfikacji. 

Ciężko ostatnio wykroić z dnia roboczego wolne dwie godziny. Na godzinę 17 były już umówione jazdy. Rzutem na taśmę wpisałem się więc na godzinę 15. Potem w ekspresowym tempie: rozgrzewka i rozciąganie, obiad, spacer po konie mechaniczne do przedszkola Beatki i wio do stajni. Mimo pośpiechu oczywiście się spóźniłem, mimo spóźnienia mogłem jednak samodzielnie przygotować konia do jazdy. 

- O, wreszcie przyjechał pojeździć a nie tylko popatrzeć! - Przywitał mnie Łukasz. 
- Którego konia chcesz? - Zapytała Pani Beata. 
- To może Donkę dziś wezmę? 

DONA
Wiedziałem, że łatwo nie będzie ale któż lepiej zweryfikuje moje umiejętności, niż Donka? Jak dotąd robiła to podczas każdej naszej wspólnej jazdy, za każdym razem pokazując mi, że jeszcze prawie nic nie umiem. Wyprowadziłem ją więc z boksu, wziąłem się za czyszczenie i sprawdzanie kopyt. Dona, jak to Dona, postanowiła mnie trochę postraszyć. Parę razy próbowała capnąć zębami i parę razy odepchnąć prawą tylną nogą ale ja już trochę umiem ją obserwować a nawet umiem ją opieprzyć. Punkt dla mnie, konia wyczyściłem bez uszczerbku na zdrowiu. 

Następnie wziąłem się za zakładanie rzędu. Założyłem ogłowie (Dona grzecznie wzięła wędzidło do pyska) i siodło, po czym poprosiłem Pana Jacka o sprawdzenie. Okazało się, że źle założyłem z jednej strony popręg. Szybka poprawka i koń był gotowy do jazdy. Całe przygotowanie konia zajęło mi jednak... 40 minut! Pan Jacek zdążył w tym czasie wyczyścić i osiodłać Mniszkę i pewnie przygotowałby jeszcze ze dwa konie... Był to jednak chyba pierwszy raz, gdy oporządziłem konia całkowicie samodzielnie! Wreszcie wsadziliśmy nasze tyłki w siodła i pojechaliśmy stępem przez las na czworobok. Pan Jacek na Mniszce a ja na Donce. 

Donka była nadzwyczaj żwawa. Ledwie weszliśmy na ogrodzony teren a ona hop i już by do galopu chciała... Mimo wszystko spróbowałem z nią przejechać ze dwie długości kłusem i uznałem, że nie ma sensu jej wstrzymywać, bo skłonna była do jazdy jak nigdy wcześniej! Pierwsze galopy skończyły się z mojej strony całkowitym zaprzestaniem prób wysiedzenia ich w siodle. Pamiętajcie faceci, żeby do jazdy konnej zakładać obcisłą bieliznę. W przeciwnym razie będziecie piszczeć cienko... Pół-siad! Tak pół-siad. Przecież tego się ostatnio uczyłem i dziś mi się to idealnie przyda, żebym sobie nie uszkodził tego i owego. 

Podjechaliśmy do siebie z Panem Jackiem, zamieniliśmy parę słów, po czym Pan Jacek odjechał a ja przytrzymałem Donę, żeby nie puściła się za koleżanką Mniszką. Nagle w jednej sekundzie poczułem jak Dona zastygła i zastawiła się czterema kopytami do pozycji "nie pójdę, tak będę stała i co mi zrobisz". Cmoknięcie - Donka stoi. Łydki - Donka stoi. Dosiad - Donka stoi. Cmoknięcie, łydki i dosiad - Donka stoi i ani drgnie! O żesz Ty... Naprawdę nie chciałem używać palcata, choć przezornie go ze sobą wziąłem. Dostała więc raz w zad i okazało się, że taki pojedynczy "ojcowski klaps" jest właściwą metodą na krnąbrną Donkę. Ruszyła do przodu bez ociągania się. To był ten przełomowy moment, gdybym jej wtedy nie ruszył z miejsca to bym już na niej nie pojeździł. Palcat nie był później więcej potrzebny, wystarczyło, że miałem go w ręce. 

Donka odzyskała chęć do biegania. Jeden sus i jesteśmy w galopie. Ja - skrócenie wodzy, pięta w dół i pół-siad. O rany, to naprawdę działa! Donka w galopie, ja wciąż na grzbiecie i nawet mam kontrolę nad koniem! Mogę skręcać, mogę ją zatrzymać i mogę nawet przyspieszyć! Pan Jacek sam chyba był zdziwiony moją ostrą jazdą. Dał mi parę fajnych rad jak pracować w galopie i udało mi się porządnie przejechać w galopie zakręty tak, żeby Donka mi nie "zgasła". Udało mi się nawet wyciągnąć galop do takiego stopnia, że Pan Jacek zasugerował, żeby jej bardziej nie rozkręcać. Mnie prędkość w ogóle nie przeszkadzała, czułem się wspaniale, czułem się stabilnie, czułem kontrolę i chyba miałem wreszcie poprawnie obciągnięte pięty, bo ani raz noga nie wpadła mi w strzemię. 

W pewnym momencie Dona się potknęła. Z mojej perspektywy wyglądało to tak, jakby miała zaryć nosem w ziemię. Straciłem równowagę, poleciałem do przodu ale chyba chwyciłem się odruchowo końskiej szyi. Połową pupy byłem już poza siodłem a drugą połową jeszcze w siodle. Był to ten ułamek sekundy, w którym zdążyłem pomyśleć: albo się teraz powinienem puścić albo próbować wrócić na grzbiet. Podjąłem decyzję, by po krótkiej chwili wykrzyczeć z radością w stronę Pana Jacka: 

- Nie spadłem! Nie spadłem! 

Pan Jacek podjechał i zapytał: - To co ścigamy się? - po czym i ruszył z kopyta. Ja poczułem moc i ruszyłem za nim. Galopowaliśmy więc przez czworobok on z przodu a ja parę metrów z tyłu. Nie wiem co mi strzeliło do głowy ale postanowiłem przejechać przez bramkę złożoną z dwóch słupków zabezpieczonych kolumnami opon. Zapomniałem już jak mi Jupiter unikał drągów i nie przyłożyłem się specjalnie do pilnowania kierunku. W ułamku sekundy Dona skorygowała kurs wprost na jedną z tyczek. Pochyliłem się bardziej do przodu, sam już nie wiem czy po to, żeby skrócić wodze czy żeby się podeprzeć na szyi. Nie zdążyłem już nawet pomyśleć co Dona zrobi, choć przecież musiała przejść albo z lewej albo z prawej... Poczułem, że będę leciał, lub już lecę. Zdążyłem tylko pomyśleć, że zaraz wyrżnę plecami w te opony. W opony jednak nie trafiłem, wylądowałem bezpośrednio na glebie. Przez myśl przemknęła mi obawa, że skoro naprawdę spadłem z konia to mam prawo mieć jakąś, choćby małą kontuzję. Wstałem jednak, zastanowiłem się chwilę i doszedłem do wniosku, że nic mnie nie boli, nie mam jednak pojęcia którą stroną przejechaliśmy obok słupka... Rozejrzałem się za koniem, który, jak się okazało, przystanął tuż obok. 

- Musisz sobie jeszcze wyrobić nawyk, żeby po upadku od razu łapać konia. Ze złamaną ręką możesz zawsze wrócić na koniu do stajni a jak ci koń ucieknie to będziesz wracał piechotą - rzekł optymistycznie Pan Jacek. :-)

Potem dowiedziałem się jeszcze, że Dona "strzeliła z zada" czyli zrobiła klasyczne "bryknięcie", które okazało się skuteczne i wyrzuciło mnie z siodła. 
My z Doną

Na czworoboku nie musiałem na szczęście łapać Dony, bo ta troskliwie się zainteresowała, czy sobie nie złamałem karku a potem nadstawiła swój grzbiet, żebym się nie rozczulał nad sobą, tylko wsiadał, bo ona chce dalej galopować. Wskoczyłem więc w siodło i już wtedy zapomniałem na który bok spadłem. Obyło się zatem bez większego dramatu, choć teraz mogę już oficjalnie powiedzieć, że SPADŁEM Z KONIA W GALOPIE, czyli że jestem prawdziwie, po końsku "ochrzczony". :-) 

To jednak nie był koniec jazdy! Prawdziwa jazda się dopiero zaczynała!

O tym w części drugiej...

Prawie QŃ-ec.

P.S. Zdjęć z dzisiejszego dnia niestety nie ma. Zdjęcia Dony w tym poście pochodzą z końca czerwca 2011.




Brak komentarzy:

Publikowanie komentarza

Nie lubisz Facebooka? Możesz zostawić anonimowo komentarz poniżej, Pamiętaj jednak, że komentarze od osób mi nieznanych, zawierające linki do innych stron internetowych, będę usuwał.