niedziela, 11 września 2011

"Proszę pana, to jest koń!"

Stało się, choć były to jedne z ostatnich rzeczy, o których popełnienie bym siebie podejrzewał. Pierwszą rzeczą było umieszczenie własnego zada na końskim grzbiecie. Drugą, będące konsekwencją odkrycia własnych skłonności do emocjonalnego ekshibicjonizmu, założenie bloga na ten temat.

Gdy pierwszy raz zbliżałem się do konia, mając w perspektywie najpierw przygotowanie go do jazdy a zaraz potem również samą jazdę, nie wiedziałem jak to będzie. Z jednej strony, choć bez przekonania, chciałem za namową Dominiki spróbować. Z drugiej strony obawiałem się wszystkiego, począwszy od tego jak będę reagował na zapach konia, skończywszy na tym jak będę reagował na zapach końskiego łajna. Mnóstwo innych obaw znalazło się gdzieś pośrodku, zwyciężyła jednak ciekawość.

Maks był spokojnym i utrzymanym w czystości wałachem, więc od razu odkryłem pierwszą ważną rzecz: czysty koń wcale nie śmierdzi, jest za to niesamowicie przyjemny w dotyku. Po wyczyszczeniu Maksa nastąpił moment zakładania ogłowia i siodłania. Pani instruktorka zaczęła krok po kroku wykonywać stosowne czynności, tłumacząc mi przy tym nazwy kolejnych elementów końskiego rzędu. Ja przysłuchiwałem się stojąc tuż obok i głaskając konia po zadzie. W pewnej chwili nie usłyszałem jakiejść nazwy, więc nie przestając głaskać konia zapytałem: "przepraszam, co to jest?". Pani instruktorka podniosła głowę, spojrzała na mnie, potem na moją rękę spoczywającą na boku konia i mówi: "Proszę pana, to jest koń!". Widocznie nie wyglądałem na zbyt błyskotliwego faceta, pani instruktorka postanowiła więc na wszelki wypadek jednoznacznie wytłumaczyć na co ja mam konkretnie wsiąść. :-)) Tak się to wszystko zaczęło, była to pierwsza lekcja dla mnie, dla Beatki i dla mojego Grzesia.

Nie, nie było tak, że od razu zapałałem wielkim entuzjazmem do nauki jazdy konnej. Tak się jednak złożyło, że trafiłem na poprawiny Roberty i Jacka, gdzie były od dyspozycji gości dwa wałachy. Właściciel okazał się niezwykle sympatycznym facetem w budzącym moje zaufanie kowbojskim kapeluszu i wziął mnie na lonżę. Dakar nie miał wielkiej chęci do jeźdżenia w kółko ale trochę udało się na nim pokłusować i nieporadnie poanglezować. Zszedłem z niego po kilku minutach z bananem od ucha do ucha, ponieważ właściciel powiedział, że idzie mi całkiem nieźle i coś z tego będzie. Po jakimś czasie,  gdy staliśmy w pobliżu z grupką znajomych, podszedł do mnie właściciel koni, i zapytał: "To co, spróbuje pan w galopie?". Jak już pisałem, kapelusz budził moje zaufanie, więc nie trzeba było mnie długo namawiać. Wskoczyłem na Dakara a właściciel przypiął lonżę i wypuścił nas na kółko.

Myślę, że to był właśnie ten moment. Dakar miał fenomenalny, komfortowy galop a mnie zupełnie przypadkiem udało się na te kilka hopków wejść idealnie w jego rytm. Galopowałem tylko przez chwilę ale wrażenie było NIESAMOWITE i od tego momentu wiedziałem już, że tego chcę. No i zaczęło się na całego.

W życiu bym nie pomyślał, że będę chciał o tym wszystkim pisać i to jeszcze publicznie. Popełniłem jednak z emocjonalnego rozpędu kilka notek na Facebooku. Ponieważ Facebook się do tego typu działań kiepsko nadaje a moja końska grafomania sprawia mi nieoczekiwaną frajdę, postanowiłem, w pełni świadom własnej językowej ułomności i popełnianych błędów, których się wstydzę, że założę TFU bloga. Dla siebie, dla moich dzieci tych narodzonych i tych jeszcze nienarodzonych, wnuków i prawnuków. Niech wiedzą, że ich przodek ułanem nie był ale na koniu jeździł! A co!
:-)

Napisane notatki z Facebooka przeklepię sobie tutaj w przyszłości.

QŃ-ec.

W.


Grześ
Beatka

P.S.:
- Pierwsze jeździeckie nieporadności na Maksie - 2 maja 2011.
- Pierwsze jeździeckie nieporadności w galopie na Dakarze - 29 maja 2011.

Brak komentarzy:

Publikowanie komentarza

Nie lubisz Facebooka? Możesz zostawić anonimowo komentarz poniżej, Pamiętaj jednak, że komentarze od osób mi nieznanych, zawierające linki do innych stron internetowych, będę usuwał.