środa, 10 października 2012

Konna flota spod bandery Jackowa


Cyranka jest jak tankowiec. Duża, ciężka, trudno ją rozpędzić, trudno nią skręcić ale najtrudniej ją zatrzymać. 
Cytrynka jest jak niszczyciel. Szybka, zwinna, wielozadaniowa i bardzo odważna.
Dona jest jak fregata. Po prostu piękna i idealna do towarzystwa.
Kacyk to korweta. Nieduży, zwinny, może tylko za bardzo, jak na korwetę strachliwy w terenie. 
A Błysk... Błysk to lotniskowiec. Płaski grzbiet i duża frajda.. :-))
Summer Gift jest jak krążownik liniowy. Szybka jednostka bojowa, trzon naszej konnej armii, obecnie w remoncie :-))
Myszka i Filipek, to nasze małe kutry wielozadaniowe. Ich specjalizację będzie można określić po jakimś czasie, choć Filipek ma zadatki na kuter torpedowy. Nęka przeciwnika (Błyska), po czym szybko wycofuje się z pola walki... :-)) ...A o najmniejszym kuterku - Mufince, jeszcze niewiele można powiedzieć. Diabli wiedzą co z Niej wyrośnie.
Aris jest jak pancernik. Silny, jak na Fryza przystało (ponoć używano fryzów w średniowieczu jako koni bojowych), prezentuje swoją umięśnioną szyję, niczym działo wielkiego kalibru.
Sanderus... "Okręt desantowy służy do szybkiego wysadzenia sił na nieprzygotowanym brzegu". Kto zleciał z grzbietu Sanderusa po jego potknięciu się o własne nogi, ten wie o czym mówię... :-))
Roki jest "z wykształcenia" niczym doświadczony okręt patrolowy. Ujeżdżony westernowo ale bardzo wrażliwy - mógłby w razie potrzeby chronić nasze stajenne owieczki... :-))
Lama jest jak żaglowiec - naturalna i fotogeniczna, więc ma dużo zdjęć.
I na koniec Aisha... Nieduża, drobna, delikatna i wrażliwa...  Mogłaby być seksowną pielęgniarką np. na okręcie szpitalnym... :-))

[Opublikowane na Facebooku dn. 8-9 października 2012 r.]

***

Cóż, przypomniałem sobie o moich wyBrykach. Trochę mnie frustruje, że nie opisywałem na bieżąco wszystkich tych fantastycznych rzeczy, które się działy w ostatnich miesiącach. Były galopy po łąkach i polach zbóż, była jazda bryczką po leśnej ścieżce, były wizyty na komuniach, pojawili się nowi mieszkańcy stajni Jackowo, a ja chcąc zachować elementarną chronologię odwlekałem opisywanie tych wrzystkich zdarzeń po to tylko, żeby opisać je we właściwej kolejności. To nie jest jednak dobra strategia -  zaległości rosną, bo wciąż się dzieją nowe fajne rzeczy! Pal więc licho chronologię, ważniejsze jest to, żeby mi nic nie umknęło, a mam przecież jeszcze do przerzucenia parę ubiegłorocznych (2011) ważnych dla mnie notatek z Facebooka, np. o tym jak pierwszy raz spadałem z konia...  Na pierwszy ogień pójdą jednak moje ostatnie chorobowe wyBryki z Doną na lonży oraz z Błyskiem w terenie.

Trzymajcie więc kciuki za moją "konsekwencję" i namówcie proszę jakiegoś konia, żeby mnie kopnął z dwururki,  gdybym znów zaczął zwlekać z opisywaniem tego, co się dzieje tu i teraz. Emocje największe są "na gorąco"!

KONIE(C)

piątek, 4 maja 2012

Rok Konia


Nie wiem kiedy ten czas zleciał, ale dwa dni temu minął rok od chwili, gdy pierwszy raz usadowiłem swój tyłek w siodle (a było to tak...) i to w dodatku na grzbiecie żywego konia. Wtedy jeszcze ani przez chwilę nie myślałem, że będzie to coś, co wywoła rewolucję w moim życiu i wyrąbie kopytami, po czym wypełni trwale przestrzeń w moim umyśle i serduchu. Fenomen tego końskiego zjawiska jest dla mnie tym większy, że nie ogranicza się do moich emocji, które czynię prywatnymi. Przeciwnie, chcę się dzielić z wszystkimi dookoła tą niezwykła przygodą, jaką stały się dla mnie KONIE. 

Efekt jest taki, że wiele osób ma już pewnie dość mojego ciągłego nawijania na ten temat, jednak kilka osób udało się zarazić na maksa, co jest dla mnie motywacją do zanudzania kolejnych znajomych. Wiedzcie więc, moi drodzy przyszli znajomi, których jeszcze nie znam, ale kiedyś poznam, że tak czy owak o jakąś moją końską opowieść się otrzecie, czy tego chcecie, czy nie. :-)

W blogowaniu się trochę zapuściłem, czekają jeszcze w kolejce ze dwa wpisy od lutego i jeszcze jeden, z wczorajszej Majówki, który dopiero zostanie opisany, Z okazji mojej pierwszej końskiej rocznicy zdecydowałem się chrzanić wszelką chronologię i skrobnąć to, co mi chodzi po głowie tu i teraz, 

PODZIĘKOWANIA
  • Przede wszystkim Beatce, która dzieli ze mną tę pasję. Wspaniale jest mieć wspólne pasje z kimś, kogo się kocha.
  • Dominice Sowie - za to, że po kilku latach namawiania postawiła na swoim i wzięła mnie (razem z Beatką i Grzesiem) na pierwszą lekcję. Bez Niej nic by się nie zadziało.
  • Oli Gawrze, Paulinie i Kindze Paszkiewicz ze stajni Dubelbar Zdrój - za to, że zbudowały we mnie entuzjazm do jazdy konnej, że jako pierwsze pokazały mi czym jest zaangażowanie i poświęcenie się życiu wśród koni. Za wycisk na pierwszych treningach również :-) 
  • Pani Beacie, Panu Jackowi, Dominice i Łukaszowi, czyli Państwu Komorowskim ze stajni Jackowo - za największy wkład w to, że ciekawość przerodziła się w pasję. Za każdą chwilę spędzoną w stajni na koniu w siodle, na koniu bez siodła, na padoku, w terenie, przy widłach ;-), przy wieczornych końskich kolacjach, podczas rozmów o koniach. Ponadto za Hubertusa i rodzinną atmosferę każdego dnia!
  • Panu kowalowi Zbyszkowi i Panu rolnikowi Jankowi - za wspólnie spędzony czas przy stajennych pracach, które nie każdy bywalec stajni ma okazję wykonywać :-) To też mi bardzo dużo daje!
  • Wszystkim osobom, które udało się mnie i Beatce zaciągnąć do stajni, czyli kolejno: Mateuszowi i Hani Krautwurst, Julii Vitsko, Magdzie i Michałowi Bober, Natalii Worsowicz, Gośce Potaczek (moja siora), Grzesiowi Potaczkowi (mój syn), Weronice Korthals, Weronice Sańczyk
  • Wszystkim osobom, które poznałem w stajniach - nie wymienię ich tylko dlatego, że boję się kogoś pominąć. Dziękuję za wspólne jazdy, wspólnie spędzony czas, wszystkie wskazówki i rady. Jesteście częścią mojego świata! :-)


Pomyślałem, że wymienię tu również wszystkie konie, na których miałem przyjemność jeździć od początku mojej przygody, jednak na razie tego nie zrobię. Kiedyś ogłoszę konkurs dla czytelników wyBryków, w którym jedynym pytaniem będzie właśnie takie: "Wymień chronologicznie imiona wszystkich koni, na których jeździłem". Konkurs ogłoszę jednak dopiero wtedy, gdy będę pewien, że rzeczywiście opisałem już wszystkie zwierzęta. :-)

Dziś jeździłem na Donie, która kolejny raz pokazała mi jak wiele pracy jeszcze przede mną. Tym razem jednak pokazała również ile pracy już za mną. Dziś naprawdę się dogadywaliśmy i choć parę razy o mało nie zleciałem, to jednak solidnie poszaleliśmy w galopie. Był galop bez strzemion, był nawet galop z rękami na boki. Pan Jacek gdy to zobaczył to miał wzrok, jakby pytał czy mi życie miłe, dlatego ustaliliśmy, że na czworoboku tego z Doną nie będziemy więcej ćwiczyć. Następnym razem pojedziemy na łąkę! 
Wspomnę jeszcze tylko, że na sam koniec wskakując na Donę na oklep wylądowałem na ziemi po jej drugiej stronie, było więc trochę śmiechu - ale o tym może innym razem! :-)

QŃ-ec.

P.S. Najbliższy rok konia, według kalendarza chińskiego, to rok 2014.

poniedziałek, 2 stycznia 2012

Sylwestrowo - noworoczna ostra jazda - cz. 2


Ponoć wśród koniarzy jest taki przesąd, że jeżeli wsiądzie się na konia w Nowy Rok, będzie się jeździć konno przez rok cały. Czyż potrzebowaliśmy z Beatką większej motywacji do wizyty w stajni? Oczywiście, że nie. Postanowiliśmy zatem, że gdy tylko wstaniemy pojedziemy do stajni. Wstaliśmy więc najwcześniej jak się dało i dotarliśmy do Jackowa o 14:30.

W planach było wskoczenie na oklep i mała rundka po lesie. Pani Beatka, Pan Jacek, Dominika i Karina byli w terenie, a my z Beatką w tym czasie, wraz z Natalią i Łukaszem przymilaliśmy się do koni i do siebie nawzajem. Ot takie posylwestrowe czułości... :-) Chciałem zachęcić Summer Gift, aby do mnie podeszła, przy czym chciałem to osiągnąć bez użycia przynęty w postaci smakołyków. Ta najważniejsza klacz w stadzie permanentnie mnie olewa. Stanąłem więc przy barierce, wyciągnąłem rękę i zacząłem ją nawoływać. Podeszła Łajza, podeszła Aisha, ale Summer Gift stała z daleka i miała moje nawoływania głęboko w zadzie. Stałem tak i nawoływałem, bo przecież wiem już, że w stajni dużo można osiągnąć cierpliwością i  konsekwencją.
Summer Gift

- Aleś ty uparty! - Krótko, zwięźle i dobitnie Natalia określiła coś, co ja uznałem za cierpliwość i konsekwencję.
- Nie uparty tylko konsekwentny! - Odparłem i patrzyłem z nadzieją, że Summer Gift jednak podejdzie a ja nie wyjdę na głupka.

Trwało to długo, ale wreszcie podeszła na odległość mojej wyciągniętej ręki. Mogłem jej dotknąć, choć do prawdziwego pogłaskania brakowało mi pół metra. Summerka dała się pomacać po nosie, a gdy zorientowała się, że nie mam marchewki - odeszła. Uznajmy jednak to zbliżenie za mój sukces. :-) Później oczywiście i tak dostała ode mnie wielką soczystą marchew.

Tymczasem wrócili gospodarze stajni z końmi. Przywitaliśmy się, złożyliśmy sobie życzenia i wymieniliśmy się spostrzeżeniami na temat noworocznego nastroju naszych wierzchowców. Okazało się, że konie jednak są osiodłane, co sugerowało, że może to jednak nie będzie taka symboliczna krótka jazda. Ja dostałem Cyrankę, Natalia Donę a Beatka Mniszkę. Ekipie przewodził Pan Jacek na Cytrynce. Miała jechać z nami jeszcze Anetka, ale nie dotarła na czas. Czteroosobowym składem wyjechaliśmy więc z terenu stajni.

- Jedziemy na czworobok czy w teren? - Usłyszałem pytający głos Pana Jacka.
- Możemy spróbować w teren! - Odpowiedziała Beatka, czym mnie trochę zaskoczyła, bo na Mniszce siedziała drugi raz w życiu. Gdyby się jednak nie zdeklarowała, zrobiłbym wszystko, żeby Ją na to namówić. Teren? tego nie było w planach ale najlepiej - jak mówi Pan Jacek - nic nie planować. Spontaniczne jazdy wychodzą najlepiej!

Ruszyliśmy kłusem w las i konie od razu nabrały solidnego tempa. Ja po wczorajszych próbach ruszenia Cyranki z miejsca byłem tak zaskoczony jej ochoczą jazdą, że nie nadążałem z anglezowaniem i co jakiś czas oklepywałem jej grzbiet moim ciężkim tyłkiem, który przez okres świąt przytył 4 kg.

Pierwszy raz w życiu jechałem w takim tempie między drzewami. Najpierw ścieżka była dość szeroka. Cyranka została z tyłu i nie mogłem z nią wyciągnąć kłusa na tyle, żeby dogonić pozostałe konie. Czułem, że lada moment pójdzie mi w galop i wcale się nie czułem pewnie z tą świadomością. Moje obawy nie trwały długo, to znaczy szybko się ziściły. Galop między drzewami na Cyrance... No ładnie, może na wszelki wypadek za pierwszym razem nie będę próbował jej zatrzymać, przynajmniej dopóki nie dogonimy peletonu. Wolę nie denerwować Cyranki i nie wykonywać gwałtownych manewrów... Szybko jednak dogoniliśmy pozostałe konie i Cyranka na mój sygnał zwolniła, zanim nadziała się na zad i kopyta, będącej dziś w bojowym nastroju, Dony.

Tymczasem szeroka ścieżka zmieniła się w wąską dróżkę, a my pędziliśmy slalomem pomiędzy coraz ciaśniej upakowanymi drzewami. Nie mam pojęcia jak to się stało, że ani raz nie wylądowałem na pniu, nie zahaczyłem nogą, nie oberwałem konarem w głowę. Dostałem ze dwa razy tylko miękkimi gałęziami ale to był dla mnie taki dodatkowy smaczek jazdy przez las. :-) Pierwszy raz w życiu musiałem uważać na spacerujących po lesie ludzi i jakieś upierdliwe kundle, które postanowiły obszczekać kopyta naszych koni.

Cytrynka, Mniszka i Dona jechały z przodu a my z Cyranką znów zostaliśmy trochę z tyłu. Pewien starszy Pan uprzejmie zszedł z drogi przepuszczając trzy konie, po czym wodząc za nimi wzrokiem prawie że wparował tuż przede mnie.

- UWAGA! - Wrzasnąłem, starszy Pan uskoczył i na szczęście uniknęliśmy niemiłej przygody. Podgoniłem jednak galopem, bo w ciągu kilku minut jazdy nauczyłem się kontrolować Cyrankę na tyle, żeby zagalopować i wstrzymywać ją wtedy kiedy chcę.

- Wojtek, przetestuję cię. Spróbuj poprowadzć zastęp! - Dostałem zadanie. - Tylko w równym tempie! - Podniósł poprzeczkę Pan Jacek. Dumnie ruszyłem więc z Cyranką do przodu i okazało się, że jako prowadząca już nie ma takiego wigoru. Tempo może i było równe ale na pewno nie było tak szybkie jak wcześniej. Udało mi się jednak całkiem płynnie pokonać kilka kolejnych zakrętów. Znowu sukces! :-)

- Jak będziemy dojeżdżać do stajni to skręć w lewo! - Usłyszałem. Wiedziałem, że to oznacza kłopoty i oczywiście, zaraz po zakręcie Cyranka mi zgasła, bo nie miała najmniejszej ochoty oddalać się od domu. Pan Jacek przejął więc ponownie prowadzenie i pojechaliśmy jeszcze kawałek w las, choć nasza wyprawa miała się ku końcowi.

Najbardziej niebezpieczny punkt naszej przejażdżki, jak się okazało, miał jednak dopiero nadejść.

Wyjechaliśmy z lasu na drogę, którą zwykle wracamy z padoków do stajni. Do przejechania zostało nam jeszcze kilkaset metrów, gdy wtem stało się coś, czego nikt z nas się nie spodziewał. Zza ogrodzenia usłyszeliśmy ujadanie psów. Moja Cyranka lekko się wystraszyła i uskoczyła delikanie w bok, jednak szybko się opanowała. Mniszka pod Beatką zrobiła to samo. Jadąca najbliżej ogrodzenia Dona wystraszyła się jednak znacznie bardziej i nagle w ułamku sekundy ruszyła z kopyta. Gdy płoszy się jeden koń, płoszy się całe stado, więc niemal w tej samej chwili, podążające przed nią Mniszka i Cytrynka, nie oglądając się za siebie wypruły do przodu. Za nimi wyrwała również Cyranka. Ruszyliśmy z kopyta i nie obchodziło jej to, że wjeżdżamy w las a ja dostaję po twarzy kolejnymi gałęziami. Konie poniosły. W kilka sekund wyprzedziliśmy Donę oraz Mniszkę i tylko kątem oka zobaczyłem, że Natalia wyleciała z siodła pół metra w górę i spada na ziemię. Starałem się za wszelką cenę wysiedzieć ten galop, nie zawisnąć na żadnej gałęzi i wygasić konia. Gdy udało się to Panu Jackowi, pozostałe konie również zwolniły i mogliśmy się zatrzymać. Beatka dzielnie wysiedziała w siodle tę paniczną ucieczkę, zostawiliśmy jednak daleko za sobą leżącą Natalię i nie mieliśmy zielonego pojęcia czy nie stało się coś poważnego.

- Beatko, zsiadaj z konia, weź Mniszkę i Donę. Idźcie do stajni. Ja dzwonię po żonę. - Pan Jacek trzeźwym umysłem ogarnął sytuację. - Wojtek, my jedziemy do Natalii!

Zawróciliśmy konie i podjechaliśmy do miejsca, w którym wszystko się zaczęło. Natalia wciąż leżała ale widać było, że się rusza. Ta pierwsza chwila, gdy Ją zobaczyłem to był moment, w którym kamień spadł mi z serca. Powoli oparła się na rękach, jeszcze zapewne nie poczuła na dobre wszystkich stłuczeń, bo uśmiechnęła się od ucha do ucha, po czym przy niewielkiej pomocy Pana Jacka dosiadła Cytrynki i wróciła do stajni w siodle. Naprzeciw nam wybiegli Łukasz i Pani Beatka i w tym poszerzonym gronie dotarliśmy na miejsce.

Wyglądało groźnie. Było groźnie.

Gdy oporządziliśmy konie (w międzyczasie w stajni pojawiła się Anetka, która przejęła Cyrankę i pojechała samotnie w las), opadły z nas emocje ale pozostał entuzjazm, bo wszystkie dzisiejsze przygody były absolutnie nieoczekiwane, wyjątkowe i na szczęście dobrze się skończyły. Do Natalii powoli docierało, że jest potłuczona i coraz bardziej doskwierał Jej ból. Dzielnie jednak towarzyszyła nam podczas ekscytującej stajennej dyskusji na temat wszystkiego, co dziś miało miejsce. Tyle wrażeń! Tyle doświadczeń!

Kilka godzin później Beatka dostała od Natalii MMSa ze zdjęciem siniaka. Fotka odsłania zbyt dużo ciała, żebym mógł ją opublikować na blogu... :-)) Wynika jednak z niej, że Dona przebiegła z rozpędu po udzie Natalii. Piękny dorodny siniak, jutro będzie bolało jeszcze bardziej niż dzisiaj, ale za to jakie to będą piękne kolory! ;-)

Nowy Rok spędziliśmy w siodle, będziemy więc w tym roku dużo jeździć konno i dużo się uczyć. Z każdą kolejną jazdą odkrywamy, że to naprawdę jest sport tylko dla ludzi z charakterem!

QŃ-ec



niedziela, 1 stycznia 2012

Sylwestrowo-noworoczna ostra jazda - cz. 1

...Tutaj jest część druga tekstu.

Myślałem, że ostatni wpis starego roku, lub w ostateczności pierwszy wpis nowego roku to będzie jakieś podsumowanie. Myślałem, że będą jakieś refleksje, spostrzeżenia, może nawet postanowienia. Jeździeckie życie nie daje mi jednak ani chwili wytchnienia. Sylwestrowa wizyta w Jackowie była jedynie preludium tego, co miało się wydarzyć w noworoczne popołudnie. Zacznę jednak od początku.

Już parę dni temu umówiliśmy się na sylwestrową jazdę. Godzinę przed umówionym terminem spadł w Ząbkach taki piękny, soczysty śnieg, że gęba mi się sama śmiała na wspomnienie radości, którą niedawno okazywała Cytrynka na widok pierwszego tegorocznego śniegu. Niestety zanim dojechaliśmy do Jackowa wszystko się roztopiło, spodziewałem się więc błota i kiepskich warunków do jazdy, choć oczywiście nie mogło mnie to zniechęcić do zaprezentowania się wszystkim w moim nowym kasko-toczku.

Cyranka się ze mną kłóci
W taką pogodę żaden koń nie miał ochoty pracować, a szczególnie Cyranka, której miałem zamiar dosiąść. Najpierw się ze mną pokłóciła w boksie, kiedy wycierałem ją ręcznikiem i słomą, bo wcześniej zdążyła zmoknąć na padoku. Kłótnia wyglądała tak, że ona zgrzytała zębami i straszyła mnie przednimi nogami. Ja wtedy stanowczo próbowałem ją spacyfikować głosem. Ona na to robiła zwrot i ustawiała się zadem w celu skopania mi tyłka. Gdy nogi już prawie były w powietrzu ja błyskawicznie zmieniałem pozycję i przyjmowałem postawę ofensywną, podnosząc jednocześnie głos i patrząc stanowczo w jej oczy. Ona na to lekko się odsuwała, odpuszczała zad ale wciąż kładła po sobie uszy i podnosiła przednią nogę, żeby mnie postraszyć. Ja na to brałem się z powrotem za wycieranie.
Cyranka się ze mną godzi
Miałem lekkiego "pietra" ale nie mogłem jej tego pokazać, bo uznałaby, że ona tu rządzi i byłoby po jeździe. Twardo udawała, że ona tu jest najważniejsza, jednak ostatecznie uznała moją zwierzchność i udało mi się ją wytrzeć, a następnie osiodłać. Tym razem wygrałem.

Droga na padok nie nastrajała zbyt optymistycznie, bo choć Cyranka wykonywała moje polecenia, robiła to bardzo leniwie. Przyspieszanie w stępie wyglądało jak branie rozpędu przez ślimaka. Jazda na padoku też nie należała do najszybszych. Leniwy stęp, leniwy kłus, wszystko leniwe jak pierogi. O galopie mogłem zapomnieć. Tymczasem dziewczyny (Beatka i Natalia) całkiem nieźle sobie radziły i miały dużo frajdy z jazdy. Podpinałem się raz pod zad Dony, raz pod zad Błyska, jednak generalnie rzecz biorąc jazda była bardzo niemrawa.

- Wojtek, wyjedź sobie za ogrodzenie na łąkę.
- Za ogrodzenie, to znaczy w teren? Panie Jacku, może ja jeszcze spróbuję na padoku.
- Spróbuj na łące, zobaczysz że w terenie to całkiem inny koń.

Ostatecznie zdecydowałem się wyjechać za ogrodzenie, byłem tam tylko raz na Donie (i pod opieką Pana Jacka na Mniszce) i pamiętam, jak niesamowite emocje mi towarzyszyły. Dziś na mułowatej Cyrance nie spodziewałem się sylwestrowych fajerwerków. Próby ruszenia kłusem kosztowały mnie wiele wysiłku.

- Dojedź do końca łąki i zawróć, zobaczysz jak ona będzie szła w stronę stajni! - Krzyknął Pan Jacek.

Jakoś dowlekliśmy się do końca i nagle już na zawrocie poczułem, że Cyranka nabiera prędkości i w ogóle ochoty do biegania. W kłusie weszliśmy w zakręt, Cyranka coraz bardziej się rozkręcała i już prawie byliśmy w galopie! Dobiegliśmy jednak do Pana Jacka i Cyranka zgasła zanim zdążyłem zainterweniować łydkami.

- Widzisz? Wojtek, spróbuj popracować, nie daj jej zgasnąć, dojedź przynajmniej do tamtego drzewa! - Zadał mi cel Pan Jacek.

Zrobiłem kółeczko trochę siłując się z Cyranką i jakoś dojechaliśmy do końca łąki. Zwrot i Cyranka znów ożyła. Kłus, potem galop. O rany, ona jednak dziś galopuje! Zrobiliśmy tak ze dwa - trzy kółeczka, bo nie umiałem jej utrzymać w tym galopie przez cały długi odcinek łąki. Z czasem jednak Cyranka coraz chętniej biegała. Galopowaliśmy w półsiadzie i w pełnym dosiadzie. Wreszcie galopowaliśmy przez prawie całą długość łąki. Czułem się coraz pewniej i postanowiłem spróbować czegoś trudniejszego, niż bieganie po ścieżce. Ruszyliśmy galopem na wprost, a po stu metrach zdecydowałem, że będziemy skręcać na przełaj. Nie było lekko ale ostatecznie Cyranka mi się poddała i wykonaliśmy piękny łuk, potem drugi. Wszystko w galopie i nawet na moment nie zgasła!

- Dobrze, naprawdę dobrze! - Połechtał moje ego Pan Jacek. Pogadaliśmy jeszcze dłuższą chwilę stojąc w miejscu, bo już powoli nadchodził czas powrotu.

- Dziś mi się nie chce ale kiedyś pokażę ci jak się galopuje bez wodzy, trzymając ręce w bok - dodał Pan Jacek na koniec, a mnie przeszła przez głowę diabelska myśl, że może jednak spróbuję się na koniec jazdy popisać, bo przecież nie byłbym prawdziwym facetem, gdyby mi to nie wjechało na ambicję... ;-) Zawróciliśmy więc z Cyranką do końca łąki, po czym ruszyliśmy galopem. Puściłem wodze, rozłożyłem ręce i tylko patrzyłem, czy wszyscy zgromadzeni podziwiają mój galop bez trzymanki! Pędziliśmy tak w równym tempie, gdy nagle Cyranka lekko zgasła i przeszła do kłusa. Ja ją delikatnie zmotywowałem palcatem ani przez chwilę nie chwytając wodzy i dalej pędziliśmy w galopie bez trzymanki! Okazało się, że na koniec jazdy już całkiem nieźle trzymam równowagę w siodle!

Co robiły dziewczyny na padoku - nie wiem. Za bardzo byłem zajęty sobą i Cyranką... Kątem oka jednak widziałem zagalopowania i całkiem niezłą Ich zabawę, choć One też nie wiedziały, że to dopiero początek. Żadne z nas nie spodziewało się, co nas czeka następnego dnia, czyli w Nowy Rok...


QŃ-ec cz. 1.